czwartek, 25 listopada 2010

Na końcu świata


Syryjskie Dąbki czyli Blue Beach w pobliżu Latakii. Kolejna nasza syryjska ucieczka. Wylądowaliśmy niemal na samym końcu cypla w pobliżu miasta. Myśleliśmy, że wreszcie zbiegliśmy od wszędobylskiej kontroli, ale jak zapuściliśmy się za malownicze skały żeby pobyć bliżej natury, trafiliśmy na uzbrojonego po zęby żołnierza w hełmie, malowniczo pozującego na tle kręcącego się radaru. Kompozycji dopełniały druty kolczaste i zasieki.

Ale morze jest. I to szczęśliwie podchodzące pod nasz dom – tak, dom, bo wynajęliśmy sobie całą willę dla siebie. Jest niemal intymnie. Trzy pokoje, dwie łazienki, salon, wyposażona kuchnia – wszystko w stylu arabskim. Salon wychodzi na kryty taras, ten na drugi mniejszy taras bez zadaszenia, z obsadzeniami i widokiem na morze, do którego mamy z siedem schodków z kolejnym tarasem pomiędzy. Woda turkusowa, przejrzysta, rybki pływają, fale uderzają i cieplutko masują. Bosko.
I myślelibyśmy, że trafiliśmy do raju gdyby nie:
jakieś dwa metry w lewo i w prawo mamy sąsiadów, przynajmniej potencjalnych bo po sezonie
nasza czysta jak na syryjskie warunki skalista plaża to w sumie z 100 metrów, dalej wojsko lub syf, a w mieście, czyli jakieś 300 metrów w głąb cypla: wielki syf lub wielkie nic
z racji dużej ilości odpadków po cyplu kręcą się szczury gonione przez koty, a po kilku godzinach od naszego przybycia w kuchni zamachał do nas czułkami karaluch a z kibelka wychynęła bliżej niezidentyfikowana licha.

Każdy, kto choć raz był nad polskim morzem po sezonie, wie, jakie to trudne: fajnie, bo pusto i tanio, ale z infrastrukturą kiepsko. Tu nawet w sezonie jest syf i ruina (ale nie starożytna, a zwykła, zaflejona) a po sezonie wiatr hula od brzegu do brzegu.
Przejście przez lokalną promenadę – wielką ulicę z palmami pośrodku – zajmuje jakiś kwadrans. W sezonie jest tu tłum, który rozbija się między lokalnymi smażalniami, internetem, pubami i sklepami z nadmuchiwanym badziewiem i klapkami. Teraz jest tylko posezonowy niesprzedany badziew, klapki i jeden punkt z internetem. Przez godzinę szukaliśmy miejsca gdzie moglibyśmy coś zjeść. Wreszcie udało się nam zjeść w absolutnie syryjskim stylu: na rogu ulicy, na naprędce przygotowanym grillu, na żywym ogniu upieczono nam surowego rozpłatanego kurczaka, do tego sałatka i chleb, a wszystko podane na eleganckim kawałku brązowego papieru. I oczywiście bez sztućców, bo tu chleb służy właśnie do jedzenia. Bardzo smacznie.

Marzyły się nam dwa dni nad morzem. Ale nie damy rady. Nawet wygodny nadmorski dom nie zrekompensuje poczucia zamknięcia i ograniczenia jakie mamy na syryjskiej wypustce w Morze Śródziemne. Wracamy do Damaszku. Dziś posiedzimy sobie jeszcze wieczorem wsłuchani w uderzające o brzeg fale i pooglądamy światła po drugiej stronie zatoki. Jutro wieczór będzie już damasceński traffic, pokój wielkości naparstka i wszędobylski miejski kurz.

Po kolei o kolei


Podróżując na własną rękę dążąc do celu czasami odkrywa się zupełnie nieprzewidziane atrakcje. Właśnie dla tego wolimy taki rodzaj wypoczynku niż zorganizowany. Bez opiekuna, gwarantowanych punktów programu, przewidywalnych standardów bywa różnie – czasem dużo lepiej niż myśleliśmy że będzie, czasem, co niestety należy wpisać w koszty, trzeba się liczyć z rozczarowaniem a nawet większymi lub mniejszymi nieprzyjemnościami. Ale jak przygoda to przygoda.

Opuściliśmy czarującą Hamę tylko po to, żeby z bagażami dotrzeć do Aleppo, a dokładniej na tamtejszy dworzec kolejowy. Trasa koleją między Aleppo a Latakią słynie z malowniczych widoków.
Już sam dworzec w Allepo jest zjawiskowy. Piękny, kamienny budynek z wielkimi żyrandolami, płaskorzeźbami, freskami za nic nie pasuje do syryjskiej rzeczywistości. Czyściutkie toalety, marmurowa podłoga nie tylko myta, ale i froterowana non-stop, informacja turystyczna, co prawda w zasadzie tylko po francusku, ale i tak nie jest źle – to pierwszy taki działający punkt, jaki udało nam się odnaleźć.

Pociągi do Latakii, owszem, są, ale w dziwnych godzinach. Najbliższy za cztery godziny. Nie ma sprawy, nauczeni indyjskim doświadczeniem i zwyczajami w Polsce szukamy cloak roomu, co by pozbyć się dwudziestu kilo z pleców i wrócić do gubienia się w Allepo. Przechowalni bagażu nie ma. Samo pytanie wywołuje zaskoczenie. Ale nic to, dojeżdżając do dworca mijaliśmy malowniczy park, możemy tam spróbować przeczekać. Fontanny, masa drzew, nawet czysto, nie licząc oczywiście kolejnego śmiercionośnego placu zabaw – ale Max nie chce współpracować, marudzi, usiłuje włazić do każdej fontanny. Poza tym jest gorąco, więc grzecznie wracamy na dworzec, mając nadzieję że oglądając przyjeżdżające i odjeżdżające pociągi (Max ma ostatnio kolejowa fazę) dadzą nam szanse przetrwać.

Ile osób potrzeba żeby sparaliżować pracę jednego z większych międzynarodowych węzłów kolejowych? W Syrii udało się nam to zrobić w dwie dorosłe osoby z dzieckiem. W ciągu trzech godzin postawiliśmy na nogach całą obsługę dworcową, dostaliśmy przydzielonego pilnowacza, pod eskortą zostaliśmy doprowadzeni do wagonu. Ale chyba dopiero kiedy odjechaliśmy kolejarze z Allepo odetchnęli na dobre.
Dworzec kojarzy się nam z miejscem ruchliwym, żyjącym non-stop. Pasażerowie wchodzą i wychodzą, załatwiają swoje sprawy, ciągną walizki, paczki, bliscy czekają na podróżnych. W Indiach przyzwyczailiśmy się, że na dworcach się po prostu żyje, a ciągnące się w nieskończoność perony dały nam wyobrażenie o potędze hinduskiej kolei. Linia kolejowa w Syrii jest uboga, o czym wiedzieliśmy już wcześniej. Doskonałe drogi, rozbudowana sieć autobusów w zupełności wyczerpuje potrzeby Syryjczyków. Jeśli do tego dodać, że władze cały czas kontrolują przepływ ludności, (kupując bilety obywatele się legitymują dowodem) to istniejący stan rzeczy zupełnie wystarcza.
Dworzec w Aleppo jest jednym z większych. Ma całe...dwa perony, jeden tunel między nimi, trzy tory. Na dworzec można wejść, po kontroli bagażu jak na lotnisku, tylko z: ważnym biletem, potwierdzonym u policjanta i podstemplowanym odpowiednimi pieczęciami, i tylko wówczas, kiedy pociąg ma odjechać. Siedzieć i się gapić nie wolno. Nie powinno się tego robić nawet w poczekalni, która ma wystarczającą liczbę miejsc dla pasażerów jednego pociągu. Nikt z pracowników dworca w Allepo nie był w stanie zrozumieć naszej potrzeby oglądania dworca, i potraktowano nas jak dywersantów. Zresztą perony są puste bo wejścia na nie z dworca są zamknięte elektromagnetycznymi zamkami które w asyście mundurowych są otwierane tylko w momencie wsiadania do podstawionego pociągu.

Trzy godziny rozmawialiśmy o pogodzie z panem w czarnym, gustownym garniturze. Nawet go polubiliśmy. Bardzo uprzejmie, aczkolwiek stanowczo, ściągnął nas z peronu i „zaopiekował” się nami na terenie dworca. Proponował kawę, herbatę i robił wszystko, byle nas zająć.
W odpowiednim czasie pod eskortą konduktora wsadzono nas do wagonu pierwszej klasy. Nie chcielibyśmy chyba jeździć niższymi, po tym co nas czekało w wersji VIP. Owszem, było więcej miejsca na nogi, wagon był sprzątany (najpierw szedł pan z butelką typu „Ludwik” i posikiwał zygzakiem podłogę i czasem bagaże podróżnych na niej stojące, a po jakimś kwadransie przejeżdżał ją mopem. W między czasie na tę podłogę syryjskie matki wylewały niedopite mleko), i były duże okna, ale tak brudne i nieotwierane, że nie było jak przez nie wyglądać. Wagon przeżarty przez rdzę pojękiwał cicho na torach. A najdziwniejsze – pasażerowie siedzieli w nim tyłem do kierunku jazdy. Syryjskie linie kolejowe do pięt nie dorastają „królewskim” kolejom indyjskim. I już nas nie dziwi pytanie jednego z współpasażerów, czy gdziekolwiek na świecie widzieliśmy gorsze pociągi.

Nasza urokliwa, niezapomniana podróż dobiegła końca. Rzeczywiście – wrażenia niesamowite. Pociąg mijał położone w dolinach miasteczka, przecinał góry tunelami, pędził przez położone w zupełnym bezludziu wiadukty. Słyszeliśmy to na własne uszy, bo widzieć wiele nie mogliśmy. Opuściliśmy dworzec w Aleppo dopiero koło czwartej. Po pierwszej godzinie z niemal czterech, jakie mieliśmy spędzić w pociągu, zapadły zupełne ciemności. Obłędnie żółty i okrągły księżyc pojawiając się raz z jednej raz z drugiej strony wagonu pokazywał nam jak meandrujemy przez góry Dżabal an-Nusajrijja, a żółte, niebieskie i zielone światełka, jak na wielkiej choince, pokazywały nam skalę mijanych miejscowości.

Latakia jest głośna, portowa, tłoczna. Nowoczesność jest tu obojętna. Hotele – koszmarne. Wytrzymaliśmy jedną noc. Rankiem uciekliśmy do podmiejskiego nadmorskiego kurortu, gdzie wynajęliśmy dom nad samiusieńkim morzem. Nie ma tu nic oprócz nas, morza, i może pięćdziesięciu innych turystów, tyle że syryjskich. Koniec sezonu i fale działają kojąco po przeżyciach kilkudziesięciu ostatnich godzin.

Krzyżowcy na Bliskim Wschodzie


Pobyt w Syrii dla normalnej kobiety z krajów północy z pozoru wydaje się prosty. Nie zaczepiają, nie gwiżdżą (koszmar Indii), nie szkalują jak się nie dostosuje odzieżowo, no, najwyżej delikatnie przykryją, nie gwałcą, nie bałamucą (choć z opowieści napotykanych Syryjczyków wynika, że wiele Polek dobrowolne przeszło na islam i wyszło tu za mąż – nie ma się co dziwić, Syryjczycy są bardzo męscy i przystojni). Ale coś jest nie tak, co narasta, by z czasem prędzej czy później wybuchnąć sprzeciwem dla kultu przemocy. Bo tu kobiety się bije i poniewiera. Zresztą nie tylko kobiety, ale to najbardziej szokuje. Przynajmniej w mediach.
Pierwszy film syryjski, jak już pisałam, to była masakra: dosłownie i w przenośni. Kolejne – to samo. Kanały muzyczne, które z chęcią oglądamy, to klip za klipem – krótki film jak bić żeby od razu nie zabić, bo przyjemność za szybko się skończy.
Generalne telewizyjny schemat damsko-męski jest następujący: najpierw na spacer za rączkę, cukiereczki, wstążeczki i zachody słońca. Potem huczne wesele i ewentualnie okres miodowy do pojawienia się dziecka. A potem: w twarz, za włosy, o ścianę, a jak ktoś jest zamożniejszy to podtapia w domowym basenie. No i oczywiście małżeńskie gwałty, gdzie ofiary rodzą potem dzieci, które od małego patrzą na kaźń matek. I tak w kółko. Czasem na horyzoncie pojawia się wyzwoliciel, zwykle platoniczny kochanek, częściej szlachetny brat, ale ten zwykle ginie w ostatniej scenie. Żal patrzeć.
Szczególnie ciekawa jest również gradacja kobiet: córka i ewentualnie matka, to jedyne porządne kobiety. Żonę się ma, ale różnie z nią bywa. Kochankę mieć warto, bo nie jest tak cnotliwa jak żona (choć żonę się cały czas podejrzewa o zdradę) i nawet bywa zabawna, ale się nie szanuje kobieta więc krzywdzić ją można bezkarnie. Kochanka w mediach to zwykle farbowana na blond lala, albo z balejażem, w kwiecistej, kusej sukience. Zwykle przebywa w pobliżu kanapy lub okna – wyczekująca. To ją również różni od żony, bo tę widuje się zwykle w kuchni, lub w holu, gdzie albo omdlewa z radości albo jest zrzucana ze schodów. Dzieci płci żeńskiej mają dostęp do kolan ojców i ich gabinetów.

Po kolejnej porannej sesji przemocy miałam dziś dość i Alex mnie musiał powstrzymywać, co by nie rzucać się z pięściami na każdego przechodzącego faceta, co najwyżej na własnego męża. Zresztą to niebagatelny problem – poważnie się z Alexem obawiamy, czy wrócimy w składzie w którym wyjechaliśmy. Nie, nie raczej nie grozi nam powrót w czwórkę – raczej ktoś z bliskich będzie musiał Maxa stąd odebrać, bo my się nawzajem pozabijamy. A kością niezgody jest jedyny aparat, który nam pozostał i który sobie wydzieramy, lub usiłujemy zmusić drugą osobę do zrobienia zdjęcia, które zrobilibyśmy sami, gdybyśmy tylko mieli obiektyw pod ręką. A tu kłopot, bo każde z nas preferuje zupełnie inny rodzaj zdjęć, ujęć, podejścia do fotografowanych obiektów, tych żywych i statycznych. Bardzo cieszymy się ze słabej znajomości języka polskiego w tych stronach.

Z językiem jednak trzeba uważać, bo jak już się wymknie, to może trafić w czułe ucho, które krzyknie – Polska! Dzień dobły! Blodka, Monika Brodka! - zaskoczył nas dziś przemiły pan u stóp cytadeli w Aleppo, gdzie nas poniosło. Aeppo, inaczej Halab, miasto od wieków konkurujące z Damaszkiem pod kontem rozwoju, wielkości wagi i handlu, miało być kolejnym przystankiem na naszej Syryjskiej mapie. Ale z Hamy ruszyć nam się nie chce. Mamy tu ulubioną restaurację, wygodny hotel i klimatyczne miasto, więc robimy co możemy, żeby przedłużyć pobyt. Żeby jednak nie zgnuśnieć poszliśmy na kompromis i do Aleppo wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę.
W naszych kategoriach Aleppo wygrywa z Damaszkiem przynajmniej o trzy długości: jest ładniejsze, mniej turystyczne, czystsze, bardziej urokliwe.
Przez pół dnia przedzieraliśmy się przez lokalne suki poszukując łupów zakupowych (zresztą z marny skutkiem, bo generalnie syryjskie rękodzieło i design nie jest w naszym guście), gubiliśmy się w labiryncie uliczek, by pod koniec dnia zdobyć górującą nad miastem cytadelę. I byliśmy tam w pewnym sensie pierwsi – dwóch krzyżowców i jeden chrześcijanin w wózku, bo przez wieki wypraw krzyżowych nigdy nie udało się zachodnim rycerzom wedrzeć do potężnej twierdzy.

Zanim jednak wdrapaliśmy się po setkach schodów z Maxem i wózkiem żeby podziwiać rozległe widoki na miasto (najwyraźniej również byliśmy z pierwszym kołowym pojazdem w twierdzy, bo o podjazdach nikt tu nie słyszał) dotarliśmy wpierw do fabryki mydła o sześćsetnej tradycji, gdzie produkuje się pięćdziesiąt ton mydła rocznie. Wybór mają niewielki: mydło 5, 20, 40 proc oliwy w mydle, leżakujące najdłużej 3 lata. Mydła sprzedają głównie na teren Aleppo (wykupywane chyba w większości przez turystów) i do...sieci Auchan w Europie. Więc jak chcecie trochę orientu to zamiast biletu do Syrii proponuję wyprawę do supermarketu po sieciowe produkty.

Mydło było na liście naszych zakupów, ale w zasadzie tylko to udało się zrealizować. Miejscowi kupcy nie odpuszczali nam ani na chwilę, zapraszając do swoich sklepów. A jak już gdzieś coś kupiliśmy, to jeszcze przez ładnych kilkanaście minut wyprzedzała nas informacja o tym, że idą tacy, co wydaja pieniądze.

Starówka w Aleppo nie zatrzymała nas długo. Starczyło nam jeszcze czasu na pogoń nowy miastem w poszukiwaniu kantoru i przystanku autobusowego, z którego moglibyśmy wrócić do Hamy. Ten, na którym wysiedliśmy był sporo oddalony od miasta, a w dodatku taksówkarz który nas dowoził do centrum kazał sobie słono za podwózkę zapłacić. Z taksówkarzami zresztą zawsze tak jest: jak się nie dopyta o cenę, albo nie będzie dość stanowczym, to oskubią człowieka do cna. W naszym przypadku zamiast sześciu złotych (100 syp) zapłaciliśmy trzy razy więcej. Ale jak przygoda to przygoda.
Niestety, stacja z której przyjechaliśmy była jedyna, więc trzeba było na nią wrócić. Mieszkańcy Aleppo byli bardzo pomocni – poprowadzili nas przez miasto i wsadzili do miejskiego autobusu, który jechał na dworzec. Pierwszy autobus miejski w Syrii! Max szalał wychylając się przez okno i machając do wszystkiego co nas mijało.
Przy okazji dowiedzieliśmy się, że zakupy spożywcze robią tu mężczyźni, którzy w garniturach wracają obładowani siatami do domów. Kobiet z siatami nie widzieliśmy. Drugie spostrzeżenie nieco nas przeraziło: w żadnym z miast syryjskich nie słyszeliśmy ani tym bardziej nie widzieliśmy ani jednej karetki pogotowia. Widok i dźwięk do jakiego przywykliśmy w miastach europejskich tu nie występuje. Dlatego bardzo uważamy przechodząc przez ulicę i spacerując po murach zabytków.
Niestety, mimo podwyższonej gotowości bojowej przy Maxiu nasz syn z dnia na dzień ma coraz bardziej poobijane ciało. Kolejne ruiny zostawiają na jego buzi, nogach i rękach ślady w postaci zadrapań, siniaków i obtarć. Ale jest bardzo z siebie dumny zdobywając kolejne miasta i twierdze.

Jutro czeka nas trudny dzień. Spróbujemy załapać się na dzienny pociąg do Lataki. Z Aleppo, więc znów czeka nas półtorej godziny wyjątkowo nudnej trasy Hama-Aleppo. Nagrodą maja być wielkiej urody widoki dla nas i frajda z pociągu dla Maxa. W Latakii – wielka niewiadoma, więc proszę, trzymajcie za nas kciuki. Za trzy dni zaczynamy zniżać się do Damaszku, a tym samym – zbliżać do Warszawy.


Rzecz o syryjskim naleśniku i nie tylko...

Już wczoraj wspomnieliśmy o zabójczej porcji syryjskiego naleśniora. Na sam ich widok ślinka leci i od przyjazdu do Hamy obiecaliśmy sobie takie na śniadanie. Ale do rzeczy – naleśniki i inne wyroby oparte na tej bazie są produkowane w wyspecjalizowanych punktach – czystych, przestronnych z chłodniczymi ladami pełnymi pyszności. Ale uwagę przyciąga bok sali prawie tak duży jak część dla klientów: tu na białych lekko poobijanych metalowych taboretach jest rozwieszone ciasto. Taborety to okrągłe konstrukcje sporej średnicy ok. 60cm z czterema nóżkami, ciasto jest na nie narzucone i zwiesza się fałdami po bokach i powoli się wydłuża i rośnie. Wyrośnięte ciasto smaruje się słodką masą serową i zawija w rulon, a że jest go dużo to ścianki wałka mają ok. 1cm grubości, cały naleśnik ma ok. 3cm średnicy i ok. 45 długości. Zamówiliśmy odruchowo saalasa – czyli trzy porcje. Na pierwszy rzut oka – o jak skromnie, pan wziął olbrzymiego naleśnika i odkroił z niego sześć niedużych kawałków, tyle co na spodeczek od filiżanki, całość polał syropem i posypał posypką. Kiedy powoli skończyliśmy nasze porcje, spojrzeliśmy beznadziejnie na trzecią. W każdym razie nie jedliśmy jeszcze nic aż tak sycącego i zapychającego.
Do kulinarnych odkryć ostatnich dni należą również zachwalane miejscowe mini pizze wielkości ok. 10cm świeże, pyszne ozdobione jedną prawdziwą oliwką pośrodku.


I na koniec, z rzeczy nam brakujących:
po kolejnej wizycie w ruinach odczuwamy wielką tęsknotę za szczoteczką do rąk, i pewnie, jeśli nie chcemy mieć czarnopazurzastego syna, takowa będziemy musieli jutro lub pojutrze nabyć
w krajach niezachodnich, gdzie nasz alfabet i cyfry są obce konieczny jest kalkulator, jako tłumacz przy zakupach

Spacerkiem po Hamie


Szczęście jest plastikowe we wszystkich kolorach tęczy. Przynajmniej szczęście Maxa. Na swojej syryjskiej drodze spotkał kolejne marzenie – mini kolejkę z torami. Biedak do tej pory nie może się pozbierać od nadmiaru wrażeń. Najchętniej by tylko na swój skarb patrzył i go pilnował.

Wyjazd z dzieckiem do Syrii to jak podróż do Niemiec po samochód w latach dziewięćdziesiątych – wszędzie pełno obiektów westchnień w dodatku w dostępnej cenie. Na każdym kroku sklep z zabawkami, cukiernia, wata cukrowa, słodycze, wesołe miasteczka. Pamiętacie jak Pinokio pojechał do krainy chłopców? Tu też wszystko jest możliwe. Dzieci jest pełno. Ganiają całymi stadami, ciągną się po cztery-siedem sztuk za matkami, siedzą na kolanach ojców w restauracjach. Z racji specyfiki naszego wyjazdu Syrię oglądamy przez pryzmat Maxa. Pierwsze kontakty są kontaktami z dziećmi, odwiedzamy miejsca gdzie dzieci możemy spotkać.
W Hamie wdrapaliśmy się na wzgórze cytadeli, by spędzić tam godzinę na placu zabaw. Przez czas kiedy Max się bawił my mogliśmy uprawiać bez przeszkód obrzydliwe podglądactwo. Trochę jest tak, że dziecko daje nam glejt na bycie z Syryjczykami jak równy z równym. Wchodzimy bezkarnie w ich życie, bo każdy chce dotknąć, potrzymać na rękach, obdarować Maxa. Po przejściu przez miasto mam kieszenie pełne podarków, zwykle słodkości, które syn lojalnie oddaje mamie po otrzymaniu od miłych panów i pań.
Różnica między wyjazdem do Syrii a zwiedzaniem Syrii. Bez Maxa pewnie bardziej intensywnie byśmy „zaliczali” atrakcje turystyczne, z Maxem czasami sobie odpuszczamy na rzecz próby życia „normalnie”.

Alex cały czas jest brany za Syryjczyka. W Hamie, gdyby nie nasze „irackie” (jak nazywają je Syryjczycy) ubrania moglibyśmy spokojnie wtopić się w tłum. Turystów tu niewielu, więc się ich nie spodziewa a mieszkańcy często bywają wręcz biali. Alex twierdzi, że to miejsce byłoby idealne żeby się schować przed światem. Labirynt uliczek, meandrująca rzeka (koszmarnie brudna) z malowniczymi noirami, stosunkowo względnie czysto jak na syryjskie miasta i jak na Syrię – bardzo zielono. Miejska zieleń jest porównywalna do zieleni na Ursynowie, więc bywa naprawdę miło.
Hama zarówno w dzień jak i w nocy urzeka. Czego byśmy nie robili, nie wadzimy nikomu. Cały wieczór rozstawialiśmy się ze statywem w centralnych miejscach miasta i ani razu nie mielismy z tym problemów. Ba, nawet nie towarzyszył nam wianuszek gapiów. Tylko czasami jakieś dziewczęta zatrzymywały się żeby zajrzeć do wózka Maxa. Gratulujemy Hamom? Hamijczykom? - zastanawiam się jaka forma byłaby poprawna – życia w mieście. Jednak ich zdaniem nie ma czego. Miasto jest zabytkowe, owszem, ale rząd nie inwestuje w Hamę, nie troszczy się o nich. Czują się tutaj odsunięci od „modern live”.

Ludzie są tutaj bardzo otwarci. Alex wchodzi do każdego warsztatu, na każde podwórze, gdzie jest serdecznie witany, a gospodarze chętnie mu pozują. Ze mną nieco gorzej. Z jednej strony jestem traktowana jako kobieta, bo mężatka i to z dzieckiem (rzadka rzecz wśród turystów, bo zwykle pytają czy jestem „friend” Alexa, jakby Maxa nie widzieli), ale jako kobieta mam swoje miejsce. Powiedzmy szczerze – jestem uprzejmie przeźroczysta. Alex też się w to wpasowuje, kiedy nas przedstawia: Ismi Alex, bibi Max, zaudżati Barbara. Alex z nimi rozmawia, Alex zamawia, targuje się, kupuje, itd. A my z Maxem witamy się z kobietami i dziećmi. I ciągłe pytania: jak to, macie tylko jedno dziecko? I jesteście szczęśliwi? (tu normą jest 5-7 dzieci). Rodzina jest najważniejsza.

Max, z którym bywały problemy towarzyskie w Polsce, tu funkcjonuje wspaniale. Daje się brać na ręce obcym ludziom, z dziećmi chętnie się bawi, chyba, z jakaś miejscowa dziecięca atrakcja bardzo mu się spodoba, to nikogo nie dopuści. Dziś, gubiąc się w uliczkach Hamy, trafiliśmy do szkoły. Dzieci natychmiast porwały nam syna do gry w piłkę, częstowały go słonecznikiem i nosiły, jak lalkę, na rękach. Puszczaliśmy go po dziedzińcu w zasięgu wzroku, bo i tak zaraz był przez kogoś przynoszony. Kiedy wyciągnęliśmy aparat zaczęły z nami fotografować, aż skończyło się na wspólnym pamiątkowym zdjęciu. Żadnych roszczeń ani pretensji – wszystkim było bardzo miło. Na koniec pojawił się pan z lokalnego krafthandmejdu i zaprosił do sklepu i warsztatów. Poszliśmy, obejrzeliśmy, nic nie kupiliśmy a i tak serdecznie się pożegnaliśmy. Jest dobrze.
Synek tak przyzwyczaił się do lokalnych czułości, że kilka razy dziennie wpada w „trans papieski”. Czy ktoś nas mija, czy ulica jest pusta – bez różnicy – Max ze swojego maklarenowego rydwanu rozdaje na prawo i lewo całusy i macha. Wykapany Benedykt.

I Alexa słów parę o jedzeniu:

Przez kilka dni opuściliśmy tę rubrykę i winni jesteśmy nadrobienie zaległości.
W Palmyrze otoczonej w promieniu kilkuset kilometrów piaskami jedzenie jest drogie, i jest go raczej mało w sensie wielkości porcji – w ogóle w Syrii większość dań opisywana jest w menu jako np. 200g, 100g itd. Odpowiada to naszym fastfoodom na dworcach. W każdym razie po rozkoszach podniebienia serwowanych przez eksbankiera w Tartusie, tu wśród ruin poznaliśmy jedzenie beduinskie i się w nim rozsmakowaliśmy. Do tej pory zgodnie z przewodnikami i stanem faktycznym kuchnia syryjska była tłusta, smażona, ciężkostrawna. Beduini raczej nie mają takich możliwości kuchennych więc potrawy są gotowane. Podawane są w niedużych rondelkach, glinianych garnczkach, metalowych półmiskach. Jedliśmy pyszny Muttaban (?), Kaj, Arabic Food i India Kebab – wreszcie był pyszny ryż, wywar z kurczaka, z dużymi kawałkami kurczaka z gotowanymi ziemniakami i czerwonymi kwiatami – chyba...

W Palmyrze zorganizowaliśmy też sobie normalne śniadania – nabyliśmy w sklepie i u sprzedawcy warzyw pomidory, jogurt, pomarańcze, jabłka, i plackowaty chleb – było zdrowo i pysznie.

Przemieszczenie się do Hamy to zmiana żywienia z porcji 200g na normalne posiłki. Na suku widać masę warzyw – cukinie, bakłażany, pomidory, różne papryki i oliwki – sprzedawane w małych sklepikach z wielkich mis a tuż obok apetyczne białe sery moczące się w zalewach, wszystko przetykane starannie spreparowanym mięsem wiszącym na hakach i masą bardzo czystych podrobów. Dodajmy że suk jest zawsze kryty dachem, i cały kamienny, często spłukiwany wodą – nie ma tu much jest chłodno, i co rzuca się w nozdrza, nic nie śmierdzi. Do tego są sprzedawcy ryb, które czasem im wyskakują na chodnik.

Stołujemy się w maleńkiej Al Baroudi Restaurant. Jest to lokal odwiedzany przez liczne rodziny, o stolik trudno. Dla nas jest to również pierwsza restauracyjka gdzie czekamy na jedzenie – czasem nawet długo. Środek lokalu zajmuje wielka metalowa kasa pancerna z kranikiem z której polewana jest zimna woda do picia – dla nas jako turystów bez pytania jest oczywiście butelkowana. Porcje są ogromne poprzedzone wielką tacą tradycyjnych przystawek – hummusu (zupełnie, ale to zupełnie inaczej smakującego niż to sobie wyobrażaliśmy), jogurtów, marynat itd. Jak do tej pory skosztowaliśmy shoarmy, chicken'a i chicken nuggets, oraz spicy rice. Dodajmy że chicken to porcja na oko ok. 1 kg mięsa – trudna do zjedzenia na dwie osoby, chyba że jest się bardzo głodną Basią.

Po obfitym posiłku przechodzimy do następnej witryny – sklepu czekoladowego. Jest ich pełno w całym mieście, i generalnie w całym kraju. Od progu powala zapach mielonych kaw – tureckiej, arabskiej, i innych, boki sklepu od podłogi do sufitu to szklane pojemniki wypełnione czekoladkami, cukierkami, orzechami, kandyzowanymi cosiami – jednym słowem bajkowa kraina. Na nieśmiałe pytanie o czekoladę z orzechami dostaliśmy do wyboru ok. 1,5m ściany. Wybór był trudny więc starą metodą poprosiliśmy o woreczek i po dwie każdego rodzaju poprosimy...

Upp... Kiedy dziś spotkaliśmy sprzedawcę i przyznaliśmy się że wszystkie spróbowaliśmy grzecznościowo spytał się nas czy się dobrze czujemy...

Ale przecież nieduży worek czekoladek nie może zaszkodzić jeśli spożywa się je z umiarem. Może natomiast dorosłego Europejczyka powalić nieduży syryjski naleśnik ale o tym innym razem, jak trauma minie...

piątek, 19 listopada 2010

Pępek Syrii


- Welcome, welcome! - jeszcze żadne miasto nas tak serdecznie nie powitało jak Hama. Należało się nam, bo dziś przeszliśmy test podróżowania jak „lokalsi”. Łatwo nie było, ale bardzo zabawnie.
Do Palmiry łatwo dojechać, ale wyjechać można w zasadzie tylko do Damaszku i Hims – paskudnego miasta znanego głównie jako węzeł komunikacyjny Syrii. Dlatego większość turystów podróżujących na własna rękę właśnie Palmirę zostawia sobie na sam koniec. Takie też były nasze plany pokrzyżowane przez upały i święto. Dwa i pół dnia na pustynię i ruiny to mało, ale nasz pokoik był stanowczo zbyt mały dla Maxa, ulica zbyt ruchliwa a do ruin jednak kawałek trzeba było iść. Tak więc po uroczej kolacji, której główną atrakcją był Max, zaczęliśmy zastanawiać się jak i gdzie jechać dalej. Celem było Aleppo. Możliwości komunikacyjne dość marne – albo całodzienny rajd samochodem przez pustynię w cenie naszych tutejszych trzech dniówek albo z przesiadkami – koło siedmiu godzin autobusami. I na tym by się skończyło gdyby nie „połowinki” urządzone nocą przez Maxa.

Nasz kochany syn postanowił uczcić połowę podróży wielką draką, którą rozpoczął o drugiej w nocy a skończył kiedy słońce już wstało. Powodów nie znamy nadal. Dziecko jest zdrowe i nie wykazuje oznak zmęczenia. Dodam, że w ramach atrakcji zasikał siebie, swoje łóżko a i matce się oberwało. Nic więc chyba dziwnego, że na długie trasy nie mieliśmy ochoty. Pozostawała Hama: odległa i zdaniem miejscowej turystycznej „mafii” (w Palmirze wszystko jest rodzinne – idź do sklepu, restauracji, taksówki mojego brata, on zrobi ci dobrą cenę, special discount my friend) niezwykle trudna do osiągnięcia dla rodziny z dzieckiem. Zawiozą nas tam taksówką brata za nasze dwie dniówki.
I znów, jak w przypadku zamku arabskiego, poszło nam w ambicje. Co, my nie damy rady? Po dwóch razach w Indiach? Niedoczekanie! I pojechaliśmy sami.

W przewodnikach polecają przejazdy autobusami firmy Kadomus – rządowego przewoźnika. I rzeczywiście, zarówno te daleko rejsowe jak z Damaszku do Tartusu, a potem do Palmiry jak i na krótszych z lotniska do stolicy jedzie się niezwykle komfortowo.
Tym razem wyboru nie było. Autobus był jaki był. Cztery koła, sterówka i stanowczo zbyt mało miejsc jak na liczbę jadących nim pasażerów. Tu władzę absolutną ma kierowca - który potrafi nawet klienta wysadzić w środku trasy, jak coś się nie podoba. Zakaz palenia obowiązuje wszystkich, tylko nie jego. A światłość z jego osoby spływa na praktykanta, jego przybocznego zwanego przez nas „rozsadzaczem” którego głównym zadaniem jest przygotowanie pojazdu do drogi, przeparkowanie go w zajezdni i obsługa pasażerów. I tu jest źródło jego władzy. Tylko pomagier kierowcy decyduje kto gdzie siądzie, komu dostawi się metalowe, rozkładane krzesełko (do niczego nie przymocowane), dla kogo można się zatrzymać a dla kogo nie. Ogólny klucz rozsadzania jest prosty: panowie po jednej panie po drugiej, razem tylko rodziny. I nic to, że kobieta z dzieckiem na ręku wsiadła, a trzech facetów rozwala się samotnie na siedzeniach, biedaczka musi stać, chyba że jej dostawkę dadzą.

Autobus przecinał pustynię długo – trochę za długo jak na Maxa przy wysiadającej klimatyzacji i awanturach z kierowcą. Łez i fochów nie było, ale synek zaczynał się już wiercić pod koniec podróży. W Hims rozgardiasz, nikt nic nie wie, a jak już się dowie, to się okazuje, że z tego dworca dalej nie pojedziemy. I zaraz gromada taksówkarzy, naganianych przez boga– kierowcę naszego autobusu, oferuje nam podwózkę. Najchętniej do samej Hamy za pół dniówki. Stanowczo za dużo, a Max ma już dość samochodów. Mimo to Alex, wreszcie w swoim żywiole, zaczyna się targować. Przelicza paliwo (40 syp za litr) na kilometry, czas, itd. Przeciwnicy odwołują się do dobra dziecka, własnej liczby potomstwa i korków. Z piętnaście minut tak się przegadywali, by na koniec wyściskać się i czule pożegnać nic nie załatwiając. Zostały nam jeszcze mikrobusy, do których przysięgaliśmy że nie wsiądziemy, zwłaszcza po tragedii z Nowego Miasta nad Pilicą. Tak jak w przypadku samochodów osobowych w mikrobusach liczba pasażerów na jaki jest pojazd zarejestrowany jest tylko punktem wyjścia. Wejdzie ile wejdzie a jedzie jak szybko ma dojechać. Horror. Ale innej drogi nie ma, pakujemy dwa plecaki, plecaczek, torbę, Maxa, nas, policjanta, urzędnika, matkę z trójka dzieci z przodu, druga z trójka z tyłu, dwóch panów, kierowca dopycha drzwi, po drodze wsiada jeszcze jeden – dwóch pasażerów i jedziemy! Pięćdziesiąt minut w spa – sauna gratis. Z środków lokomocji został nam tylko pociąg. A to już wkrótce.

Hama – pępek Syrii, omijany często przez turystów, miasto o bogatej historii, które zaledwie trzydzieści lat temu spłynęło krwią tysięcy zbuntowanych mieszkańców. Miasto wiekowe obdarte z korzeni, bo po stłumieniu artylerią powstania w 1982r. (!) niemal zupełnie została zrównana z ziemią starówka. Mimo to nam się podoba. Już jadąc do hotelu widzieliśmy niezwykle fotogeniczne ulice. Szkoda tylko, że mamy na nie jeden aparat, bo drugi nie wytrzymał kontaktu z kamieniami w Palmirze.
Po zostawieniu bagaży w hotelu (jest boski) obiedzie (przepraszam za monotonię ale na nas to zrobiło wrażenie – połowa ceny jaką płaciliśmy dotychczas! A doznania kulinarne nie do opisania) spacer nocnym miastem. Nocnym znaczy ciemnym, bo w Syrii dzień kończy się koło siedemnastej, w ciągu zaledwie kilkunastu minut. I największa niespodzianka dnia! - z okazji świąt wszędzie uruchomione są wesołe miasteczka. Po długim marudzeniu udało się nam namówić (mi i Maxowi) Alexa na chwilę zabawy. Syn był absolutnie zachwycony. Jutro miasto za dnia. Podoba się nam tutaj na tyle, że rozważamy czy z Hamy nie zrobić bazy wypadowej do pozostałych miast północnej Syrii.

czwartek, 18 listopada 2010

Lans na piasku


Czwartek był dla nas dniem absolutnego lenia. Zamiast wczesno-porannego marszu było przedpołudniowe snucie się w kierunku ruin. W starożytnej świątyni pogrzebowej rozłożyliśmy się ze śniadaniem. Widoki niezapomniane, zwłaszcza min odwiedzających nas turystów. To było pierwsze śniadanie od wyjazdu z Warszawy.
Co by zostać w klimacie funeralnym podreptaliśmy dalej na pobliską górę żeby w cieniu wież grobowych z widokiem na całą Palmirę przeczekać upał i wybawić syna.
Max w warunkach skalno-pustynnych funkcjonuje fenomenalnie. Znów wdrapywał się gdzie tylko mógł, przekopywał łopatką górę i usiłował wymontować kamienie z wież. Dla dobra bogactwa kulturowego Syrii – z marnym skutkiem. Zimno było pod grobowcami okrutnie, a wycieczki beduińskich gapiów zaczęły nas już nudzić więc stoczyliśmy się w dolinę i zapuściliśmy w miasto.
Najwyraźniej środy i czwartki to lokalny czas na wesela, bo od dwóch dni po mieście jeżdżą roztrąbione i kolorowe orszaki ślubne. W środę wieczorem pięć par szczęśliwych nowożeńców kilkakrotnie okrążało nasz hotel szczęśliwie położony przy głównej ulicy. Za samochodami ciągnęły motocykle i wielbłądy, a jadący weselnicy gwizdali po arabsku, krzyczeli i strzelali petardami. Zabawa ciągnęła się do późna w nocy.
Żeby dostosować się do lokalnego trybu życia usiłowaliśmy namówić Maxa na leżakowanie ale nie za bardzo nam wyszło. Skutek jest taki, że syn nam padł podczas nocnej sesji w ruinach. Ciekawe, kiedy się obudzi...

W cieniu ruin


- Give me him, and I give you two my – zachęcał nas beduin prowadzący pick-upa wypakowanego rodziną. Dwoje w lewo, dwoje w prawo z pewnością nie zrobiłoby mu różnicy. Na pace i w środku siedziało kilkunastu członków rodziny. W większości dzieci. Tak nauczyliśmy się dwóch rzeczy: nie ma ograniczeń, z wyjątkiem praw fizyki (a i te wydaja się być naginane) jeśli chodzi o pakowność samochodów w Syrii i że beduini mówią po angielsku, a także po polsku, włosku, hiszpańsku, niemiecku, chińsku – czego klient zapragnie. Niezwykle chłonni językowo ludzie.
Nadal jesteśmy w Palmirze. Po zachęcającym wieczorze poranek okazał się jeszcze lepszy. Palmira jest pięknie położoną oazą pośród pustynnych gór. Bezmiar nieba i piasku działa na nas kojąco. Już coś podobnego kiedyś widzieliśmy i tez nam było bardzo dobrze. Za dnia współczesne miasto nie wygląda oszałamiająco: kilkadziesiąt ulic na krzyż – dosłownie, bo jak się ma za teren budowy bezkresy pustyni, to jest gdzie planować przebieg dróg. Betonowe nudne domy w stylu arabskim, tak do trzech pięter góra. O świcie schowane za metalowymi roletami sklepy i usługi ożywają koło południa, żeby znów zamknąć się koło północy. Kilka meczetów ze strzelającymi w górę minaretami i szczekaczkami muezzinów, kilkanaście hoteli i muzeum zamykające wyjazd z miasta. A kilometr dalej zaczyna się królestwo Zenobii w swoim czasie równej Kleopatrze – starożytne miasto, którego ślady wielkości i rozmachu zachowały się do dziś.

Główna ulica otoczona kolumnadą na kilka pięter w górę stojąca pośrodku pustyni robi wrażenie. Ponieważ byliśmy dość wcześnie turystów było niewielu. Leniwie przechadzali się wśród ruin, starając nie stać zbyt długo na słońcu. W cieniu kolumn i rzeźbionych łuków siedzieli beduini. Niegdyś marynarze pustyni dziś prawdziwi easy-raiderzy syryjskih piasków, zamienili wielbłądy na motocykle. Żyją ze sprzedaży pamiątek, biżuterii, tkanin, a wielbłądy trzymają tylko do obwożenia nimi białych turystów wokół ruin – 300 sypów za kwadrans leniwego dreptania na sznurku.
My nie skorzystaliśmy, ale radość z obecności zwierząt była wielka. Max był zachwycony i łaził za nimi krzycząc: Kopalka, Kopalka!

Przewodniki ostrzegają przed beduinami: że są natarczywi, naciągają i generalnie lepiej z nimi nie zaczynać. Autorzy chyba nigdy nie byli w Indiach, więc nie znali słowa „natarczywość”. Beduini spotykani przez nas nie dość, że nic nam nie proponowali, to przychodzili żeby dopytać się kim jest Alex (na araba troszkę za ciemny, na Syryjczyka zbyt łagodne rysy a na białego, nawet dobrze opalonego też już nie wygląda) i czy mogą dotknąć, pogłaskać, uszczypnąć Maxa. Gdybyśmy pobierali opłaty za syna byli byśmy bogaczami, a tak tylko jesteśmy obsypywani (czasem dosłownie) słodyczami i ręce nam odpadają od machania. Ale Max jest zadowolony i żadnej okazji do popisu sobie nie odpuści.
Ali, beduin poznany w murach Palmiry, też nie mógł się nadziwić, że Alex jest jaki jest. Ale dzięki temu opowiedział nam o swojej piątce dzieci, o tym, jak uczy się języków od turystów i że ciężkie czasy nadeszły, bo paliwo idzie w górę nie wiadomo dlaczego.
Mimo że nawet miło się rozmawiało – niejeden biznesmen w Polsce mógłby pozazdrościć takiego akcentu i zasobności słów jaki miał Ali – musieliśmy uciekać spod kolumn, bo słońce zaczęło nam wypalać dziury w głowach. Kolejny przystanek: świątynia bóstwa zysku i dobrobytu Bela. Bóstwo miało rozmach i wpływy, bo doprowadziło Zenobię ku szczytom bogactwa i wpływów, to mu królowa świątynię o murach 200-metrowych postawiła. Rzymianie zniszczyli, bo Zenobia się zrobiła za silną konkurencją (władała przez krótko całym wschodem od Egiptu po Antiochię), ale nie wszystko im się udało – Bel nadal się nieźle trzyma. Alex każe wspomnieć niezwykły kunszt kamieniarzy i jaszczurki wygrzewające się w słońcu.
Oprócz jaszczurek wygrzewał się tez Maxio, mimo naszych gróźb i próśb żeby siedział w cieniu. Kończyło się to kilkukrotną interwencją kiedy dziecko było już czerwone z przegrzania, za co syn się na nas się regularnie obrażał i darł paszczę tak, że starożytne mury drżały. Nawet przewodnicy oferujący swoje usługi starali się nas obchodzić szerokim łukiem.
Tak jak reszta zrujnowanego miasta zachwyca również świątynia: ogromem, technologią, stopniem zachowania. Dla Maxa czas spędzony u Bela był fantastyczną zabawą we wdrapywanie się na kamienne bloki. Czasami nie byliśmy w stanie uwierzyć, że potrafi co potrafi.

Trzysta metrów nad ruinami, na wielkiej górze o piargowych zboczach, stoi arabski zamek. Zamek jak zamek, w Syrii jest ich dość sporo, stanowczo zbyt wiele jak na nasze skromne możliwości czasowe. Ale widok z góry podobno zachwyca. Postanowiliśmy to sprawdzić – na własnych nogach i z wózkiem pod pachą. Drogi na szczyt są dwie: jedna autokarowa, zwykła asfaltowa droga otaczająca serpentyną górę i druga – na krechę, dla mulników, przez osypujące się kamienie, czasem prawie pionowa, bardzo mozolna dla zwykłego piechura, tym bardziej dzieciatego. Ale o tym przekonaliśmy się w trakcie, no bo co to nie my – damy radę, prawda?
Przodem szłam ja, z wiercącym się Maxem na rękach, a za nami Alex z wózkiem i sprzętem na plecach. Dwie kupy dalej (przewijanie na osypisku, w trudnych warunkach nazwaliśmy metodą „na krzyżowca”, a w zasadzie na dwóch krzyżowców i małego chrześcijaninka, bo w pojedynkę chyba nie dałabym rady). Sześć przystanków później i 300 m wyżej, osiągnęliśmy cel. Warto było – widok powalał. Ale schodzić w dół już się nie odważyliśmy. Przyklejeni do pobocza dreptaliśmy szosą, mijani przez łańcuszek turystów, którzy jechali na view point na zachód słońca.



Mądrzy po fakcie cd.:
koniecznie odblaski, najlepiej takie w formie pasków. My nie mieliśmy a droga była ciemna, kręta i ruchliwa
oprócz miseczki Maxa przydałby się jeden talerz plastikowy. W Indiach mieliśmy metalowe, a tutaj nam ich bardzo brakuje. No bo ile można jeść z torebek?