czwartek, 25 listopada 2010

Spacerkiem po Hamie


Szczęście jest plastikowe we wszystkich kolorach tęczy. Przynajmniej szczęście Maxa. Na swojej syryjskiej drodze spotkał kolejne marzenie – mini kolejkę z torami. Biedak do tej pory nie może się pozbierać od nadmiaru wrażeń. Najchętniej by tylko na swój skarb patrzył i go pilnował.

Wyjazd z dzieckiem do Syrii to jak podróż do Niemiec po samochód w latach dziewięćdziesiątych – wszędzie pełno obiektów westchnień w dodatku w dostępnej cenie. Na każdym kroku sklep z zabawkami, cukiernia, wata cukrowa, słodycze, wesołe miasteczka. Pamiętacie jak Pinokio pojechał do krainy chłopców? Tu też wszystko jest możliwe. Dzieci jest pełno. Ganiają całymi stadami, ciągną się po cztery-siedem sztuk za matkami, siedzą na kolanach ojców w restauracjach. Z racji specyfiki naszego wyjazdu Syrię oglądamy przez pryzmat Maxa. Pierwsze kontakty są kontaktami z dziećmi, odwiedzamy miejsca gdzie dzieci możemy spotkać.
W Hamie wdrapaliśmy się na wzgórze cytadeli, by spędzić tam godzinę na placu zabaw. Przez czas kiedy Max się bawił my mogliśmy uprawiać bez przeszkód obrzydliwe podglądactwo. Trochę jest tak, że dziecko daje nam glejt na bycie z Syryjczykami jak równy z równym. Wchodzimy bezkarnie w ich życie, bo każdy chce dotknąć, potrzymać na rękach, obdarować Maxa. Po przejściu przez miasto mam kieszenie pełne podarków, zwykle słodkości, które syn lojalnie oddaje mamie po otrzymaniu od miłych panów i pań.
Różnica między wyjazdem do Syrii a zwiedzaniem Syrii. Bez Maxa pewnie bardziej intensywnie byśmy „zaliczali” atrakcje turystyczne, z Maxem czasami sobie odpuszczamy na rzecz próby życia „normalnie”.

Alex cały czas jest brany za Syryjczyka. W Hamie, gdyby nie nasze „irackie” (jak nazywają je Syryjczycy) ubrania moglibyśmy spokojnie wtopić się w tłum. Turystów tu niewielu, więc się ich nie spodziewa a mieszkańcy często bywają wręcz biali. Alex twierdzi, że to miejsce byłoby idealne żeby się schować przed światem. Labirynt uliczek, meandrująca rzeka (koszmarnie brudna) z malowniczymi noirami, stosunkowo względnie czysto jak na syryjskie miasta i jak na Syrię – bardzo zielono. Miejska zieleń jest porównywalna do zieleni na Ursynowie, więc bywa naprawdę miło.
Hama zarówno w dzień jak i w nocy urzeka. Czego byśmy nie robili, nie wadzimy nikomu. Cały wieczór rozstawialiśmy się ze statywem w centralnych miejscach miasta i ani razu nie mielismy z tym problemów. Ba, nawet nie towarzyszył nam wianuszek gapiów. Tylko czasami jakieś dziewczęta zatrzymywały się żeby zajrzeć do wózka Maxa. Gratulujemy Hamom? Hamijczykom? - zastanawiam się jaka forma byłaby poprawna – życia w mieście. Jednak ich zdaniem nie ma czego. Miasto jest zabytkowe, owszem, ale rząd nie inwestuje w Hamę, nie troszczy się o nich. Czują się tutaj odsunięci od „modern live”.

Ludzie są tutaj bardzo otwarci. Alex wchodzi do każdego warsztatu, na każde podwórze, gdzie jest serdecznie witany, a gospodarze chętnie mu pozują. Ze mną nieco gorzej. Z jednej strony jestem traktowana jako kobieta, bo mężatka i to z dzieckiem (rzadka rzecz wśród turystów, bo zwykle pytają czy jestem „friend” Alexa, jakby Maxa nie widzieli), ale jako kobieta mam swoje miejsce. Powiedzmy szczerze – jestem uprzejmie przeźroczysta. Alex też się w to wpasowuje, kiedy nas przedstawia: Ismi Alex, bibi Max, zaudżati Barbara. Alex z nimi rozmawia, Alex zamawia, targuje się, kupuje, itd. A my z Maxem witamy się z kobietami i dziećmi. I ciągłe pytania: jak to, macie tylko jedno dziecko? I jesteście szczęśliwi? (tu normą jest 5-7 dzieci). Rodzina jest najważniejsza.

Max, z którym bywały problemy towarzyskie w Polsce, tu funkcjonuje wspaniale. Daje się brać na ręce obcym ludziom, z dziećmi chętnie się bawi, chyba, z jakaś miejscowa dziecięca atrakcja bardzo mu się spodoba, to nikogo nie dopuści. Dziś, gubiąc się w uliczkach Hamy, trafiliśmy do szkoły. Dzieci natychmiast porwały nam syna do gry w piłkę, częstowały go słonecznikiem i nosiły, jak lalkę, na rękach. Puszczaliśmy go po dziedzińcu w zasięgu wzroku, bo i tak zaraz był przez kogoś przynoszony. Kiedy wyciągnęliśmy aparat zaczęły z nami fotografować, aż skończyło się na wspólnym pamiątkowym zdjęciu. Żadnych roszczeń ani pretensji – wszystkim było bardzo miło. Na koniec pojawił się pan z lokalnego krafthandmejdu i zaprosił do sklepu i warsztatów. Poszliśmy, obejrzeliśmy, nic nie kupiliśmy a i tak serdecznie się pożegnaliśmy. Jest dobrze.
Synek tak przyzwyczaił się do lokalnych czułości, że kilka razy dziennie wpada w „trans papieski”. Czy ktoś nas mija, czy ulica jest pusta – bez różnicy – Max ze swojego maklarenowego rydwanu rozdaje na prawo i lewo całusy i macha. Wykapany Benedykt.

I Alexa słów parę o jedzeniu:

Przez kilka dni opuściliśmy tę rubrykę i winni jesteśmy nadrobienie zaległości.
W Palmyrze otoczonej w promieniu kilkuset kilometrów piaskami jedzenie jest drogie, i jest go raczej mało w sensie wielkości porcji – w ogóle w Syrii większość dań opisywana jest w menu jako np. 200g, 100g itd. Odpowiada to naszym fastfoodom na dworcach. W każdym razie po rozkoszach podniebienia serwowanych przez eksbankiera w Tartusie, tu wśród ruin poznaliśmy jedzenie beduinskie i się w nim rozsmakowaliśmy. Do tej pory zgodnie z przewodnikami i stanem faktycznym kuchnia syryjska była tłusta, smażona, ciężkostrawna. Beduini raczej nie mają takich możliwości kuchennych więc potrawy są gotowane. Podawane są w niedużych rondelkach, glinianych garnczkach, metalowych półmiskach. Jedliśmy pyszny Muttaban (?), Kaj, Arabic Food i India Kebab – wreszcie był pyszny ryż, wywar z kurczaka, z dużymi kawałkami kurczaka z gotowanymi ziemniakami i czerwonymi kwiatami – chyba...

W Palmyrze zorganizowaliśmy też sobie normalne śniadania – nabyliśmy w sklepie i u sprzedawcy warzyw pomidory, jogurt, pomarańcze, jabłka, i plackowaty chleb – było zdrowo i pysznie.

Przemieszczenie się do Hamy to zmiana żywienia z porcji 200g na normalne posiłki. Na suku widać masę warzyw – cukinie, bakłażany, pomidory, różne papryki i oliwki – sprzedawane w małych sklepikach z wielkich mis a tuż obok apetyczne białe sery moczące się w zalewach, wszystko przetykane starannie spreparowanym mięsem wiszącym na hakach i masą bardzo czystych podrobów. Dodajmy że suk jest zawsze kryty dachem, i cały kamienny, często spłukiwany wodą – nie ma tu much jest chłodno, i co rzuca się w nozdrza, nic nie śmierdzi. Do tego są sprzedawcy ryb, które czasem im wyskakują na chodnik.

Stołujemy się w maleńkiej Al Baroudi Restaurant. Jest to lokal odwiedzany przez liczne rodziny, o stolik trudno. Dla nas jest to również pierwsza restauracyjka gdzie czekamy na jedzenie – czasem nawet długo. Środek lokalu zajmuje wielka metalowa kasa pancerna z kranikiem z której polewana jest zimna woda do picia – dla nas jako turystów bez pytania jest oczywiście butelkowana. Porcje są ogromne poprzedzone wielką tacą tradycyjnych przystawek – hummusu (zupełnie, ale to zupełnie inaczej smakującego niż to sobie wyobrażaliśmy), jogurtów, marynat itd. Jak do tej pory skosztowaliśmy shoarmy, chicken'a i chicken nuggets, oraz spicy rice. Dodajmy że chicken to porcja na oko ok. 1 kg mięsa – trudna do zjedzenia na dwie osoby, chyba że jest się bardzo głodną Basią.

Po obfitym posiłku przechodzimy do następnej witryny – sklepu czekoladowego. Jest ich pełno w całym mieście, i generalnie w całym kraju. Od progu powala zapach mielonych kaw – tureckiej, arabskiej, i innych, boki sklepu od podłogi do sufitu to szklane pojemniki wypełnione czekoladkami, cukierkami, orzechami, kandyzowanymi cosiami – jednym słowem bajkowa kraina. Na nieśmiałe pytanie o czekoladę z orzechami dostaliśmy do wyboru ok. 1,5m ściany. Wybór był trudny więc starą metodą poprosiliśmy o woreczek i po dwie każdego rodzaju poprosimy...

Upp... Kiedy dziś spotkaliśmy sprzedawcę i przyznaliśmy się że wszystkie spróbowaliśmy grzecznościowo spytał się nas czy się dobrze czujemy...

Ale przecież nieduży worek czekoladek nie może zaszkodzić jeśli spożywa się je z umiarem. Może natomiast dorosłego Europejczyka powalić nieduży syryjski naleśnik ale o tym innym razem, jak trauma minie...

piątek, 19 listopada 2010

Pępek Syrii


- Welcome, welcome! - jeszcze żadne miasto nas tak serdecznie nie powitało jak Hama. Należało się nam, bo dziś przeszliśmy test podróżowania jak „lokalsi”. Łatwo nie było, ale bardzo zabawnie.
Do Palmiry łatwo dojechać, ale wyjechać można w zasadzie tylko do Damaszku i Hims – paskudnego miasta znanego głównie jako węzeł komunikacyjny Syrii. Dlatego większość turystów podróżujących na własna rękę właśnie Palmirę zostawia sobie na sam koniec. Takie też były nasze plany pokrzyżowane przez upały i święto. Dwa i pół dnia na pustynię i ruiny to mało, ale nasz pokoik był stanowczo zbyt mały dla Maxa, ulica zbyt ruchliwa a do ruin jednak kawałek trzeba było iść. Tak więc po uroczej kolacji, której główną atrakcją był Max, zaczęliśmy zastanawiać się jak i gdzie jechać dalej. Celem było Aleppo. Możliwości komunikacyjne dość marne – albo całodzienny rajd samochodem przez pustynię w cenie naszych tutejszych trzech dniówek albo z przesiadkami – koło siedmiu godzin autobusami. I na tym by się skończyło gdyby nie „połowinki” urządzone nocą przez Maxa.

Nasz kochany syn postanowił uczcić połowę podróży wielką draką, którą rozpoczął o drugiej w nocy a skończył kiedy słońce już wstało. Powodów nie znamy nadal. Dziecko jest zdrowe i nie wykazuje oznak zmęczenia. Dodam, że w ramach atrakcji zasikał siebie, swoje łóżko a i matce się oberwało. Nic więc chyba dziwnego, że na długie trasy nie mieliśmy ochoty. Pozostawała Hama: odległa i zdaniem miejscowej turystycznej „mafii” (w Palmirze wszystko jest rodzinne – idź do sklepu, restauracji, taksówki mojego brata, on zrobi ci dobrą cenę, special discount my friend) niezwykle trudna do osiągnięcia dla rodziny z dzieckiem. Zawiozą nas tam taksówką brata za nasze dwie dniówki.
I znów, jak w przypadku zamku arabskiego, poszło nam w ambicje. Co, my nie damy rady? Po dwóch razach w Indiach? Niedoczekanie! I pojechaliśmy sami.

W przewodnikach polecają przejazdy autobusami firmy Kadomus – rządowego przewoźnika. I rzeczywiście, zarówno te daleko rejsowe jak z Damaszku do Tartusu, a potem do Palmiry jak i na krótszych z lotniska do stolicy jedzie się niezwykle komfortowo.
Tym razem wyboru nie było. Autobus był jaki był. Cztery koła, sterówka i stanowczo zbyt mało miejsc jak na liczbę jadących nim pasażerów. Tu władzę absolutną ma kierowca - który potrafi nawet klienta wysadzić w środku trasy, jak coś się nie podoba. Zakaz palenia obowiązuje wszystkich, tylko nie jego. A światłość z jego osoby spływa na praktykanta, jego przybocznego zwanego przez nas „rozsadzaczem” którego głównym zadaniem jest przygotowanie pojazdu do drogi, przeparkowanie go w zajezdni i obsługa pasażerów. I tu jest źródło jego władzy. Tylko pomagier kierowcy decyduje kto gdzie siądzie, komu dostawi się metalowe, rozkładane krzesełko (do niczego nie przymocowane), dla kogo można się zatrzymać a dla kogo nie. Ogólny klucz rozsadzania jest prosty: panowie po jednej panie po drugiej, razem tylko rodziny. I nic to, że kobieta z dzieckiem na ręku wsiadła, a trzech facetów rozwala się samotnie na siedzeniach, biedaczka musi stać, chyba że jej dostawkę dadzą.

Autobus przecinał pustynię długo – trochę za długo jak na Maxa przy wysiadającej klimatyzacji i awanturach z kierowcą. Łez i fochów nie było, ale synek zaczynał się już wiercić pod koniec podróży. W Hims rozgardiasz, nikt nic nie wie, a jak już się dowie, to się okazuje, że z tego dworca dalej nie pojedziemy. I zaraz gromada taksówkarzy, naganianych przez boga– kierowcę naszego autobusu, oferuje nam podwózkę. Najchętniej do samej Hamy za pół dniówki. Stanowczo za dużo, a Max ma już dość samochodów. Mimo to Alex, wreszcie w swoim żywiole, zaczyna się targować. Przelicza paliwo (40 syp za litr) na kilometry, czas, itd. Przeciwnicy odwołują się do dobra dziecka, własnej liczby potomstwa i korków. Z piętnaście minut tak się przegadywali, by na koniec wyściskać się i czule pożegnać nic nie załatwiając. Zostały nam jeszcze mikrobusy, do których przysięgaliśmy że nie wsiądziemy, zwłaszcza po tragedii z Nowego Miasta nad Pilicą. Tak jak w przypadku samochodów osobowych w mikrobusach liczba pasażerów na jaki jest pojazd zarejestrowany jest tylko punktem wyjścia. Wejdzie ile wejdzie a jedzie jak szybko ma dojechać. Horror. Ale innej drogi nie ma, pakujemy dwa plecaki, plecaczek, torbę, Maxa, nas, policjanta, urzędnika, matkę z trójka dzieci z przodu, druga z trójka z tyłu, dwóch panów, kierowca dopycha drzwi, po drodze wsiada jeszcze jeden – dwóch pasażerów i jedziemy! Pięćdziesiąt minut w spa – sauna gratis. Z środków lokomocji został nam tylko pociąg. A to już wkrótce.

Hama – pępek Syrii, omijany często przez turystów, miasto o bogatej historii, które zaledwie trzydzieści lat temu spłynęło krwią tysięcy zbuntowanych mieszkańców. Miasto wiekowe obdarte z korzeni, bo po stłumieniu artylerią powstania w 1982r. (!) niemal zupełnie została zrównana z ziemią starówka. Mimo to nam się podoba. Już jadąc do hotelu widzieliśmy niezwykle fotogeniczne ulice. Szkoda tylko, że mamy na nie jeden aparat, bo drugi nie wytrzymał kontaktu z kamieniami w Palmirze.
Po zostawieniu bagaży w hotelu (jest boski) obiedzie (przepraszam za monotonię ale na nas to zrobiło wrażenie – połowa ceny jaką płaciliśmy dotychczas! A doznania kulinarne nie do opisania) spacer nocnym miastem. Nocnym znaczy ciemnym, bo w Syrii dzień kończy się koło siedemnastej, w ciągu zaledwie kilkunastu minut. I największa niespodzianka dnia! - z okazji świąt wszędzie uruchomione są wesołe miasteczka. Po długim marudzeniu udało się nam namówić (mi i Maxowi) Alexa na chwilę zabawy. Syn był absolutnie zachwycony. Jutro miasto za dnia. Podoba się nam tutaj na tyle, że rozważamy czy z Hamy nie zrobić bazy wypadowej do pozostałych miast północnej Syrii.

czwartek, 18 listopada 2010

Lans na piasku


Czwartek był dla nas dniem absolutnego lenia. Zamiast wczesno-porannego marszu było przedpołudniowe snucie się w kierunku ruin. W starożytnej świątyni pogrzebowej rozłożyliśmy się ze śniadaniem. Widoki niezapomniane, zwłaszcza min odwiedzających nas turystów. To było pierwsze śniadanie od wyjazdu z Warszawy.
Co by zostać w klimacie funeralnym podreptaliśmy dalej na pobliską górę żeby w cieniu wież grobowych z widokiem na całą Palmirę przeczekać upał i wybawić syna.
Max w warunkach skalno-pustynnych funkcjonuje fenomenalnie. Znów wdrapywał się gdzie tylko mógł, przekopywał łopatką górę i usiłował wymontować kamienie z wież. Dla dobra bogactwa kulturowego Syrii – z marnym skutkiem. Zimno było pod grobowcami okrutnie, a wycieczki beduińskich gapiów zaczęły nas już nudzić więc stoczyliśmy się w dolinę i zapuściliśmy w miasto.
Najwyraźniej środy i czwartki to lokalny czas na wesela, bo od dwóch dni po mieście jeżdżą roztrąbione i kolorowe orszaki ślubne. W środę wieczorem pięć par szczęśliwych nowożeńców kilkakrotnie okrążało nasz hotel szczęśliwie położony przy głównej ulicy. Za samochodami ciągnęły motocykle i wielbłądy, a jadący weselnicy gwizdali po arabsku, krzyczeli i strzelali petardami. Zabawa ciągnęła się do późna w nocy.
Żeby dostosować się do lokalnego trybu życia usiłowaliśmy namówić Maxa na leżakowanie ale nie za bardzo nam wyszło. Skutek jest taki, że syn nam padł podczas nocnej sesji w ruinach. Ciekawe, kiedy się obudzi...

W cieniu ruin


- Give me him, and I give you two my – zachęcał nas beduin prowadzący pick-upa wypakowanego rodziną. Dwoje w lewo, dwoje w prawo z pewnością nie zrobiłoby mu różnicy. Na pace i w środku siedziało kilkunastu członków rodziny. W większości dzieci. Tak nauczyliśmy się dwóch rzeczy: nie ma ograniczeń, z wyjątkiem praw fizyki (a i te wydaja się być naginane) jeśli chodzi o pakowność samochodów w Syrii i że beduini mówią po angielsku, a także po polsku, włosku, hiszpańsku, niemiecku, chińsku – czego klient zapragnie. Niezwykle chłonni językowo ludzie.
Nadal jesteśmy w Palmirze. Po zachęcającym wieczorze poranek okazał się jeszcze lepszy. Palmira jest pięknie położoną oazą pośród pustynnych gór. Bezmiar nieba i piasku działa na nas kojąco. Już coś podobnego kiedyś widzieliśmy i tez nam było bardzo dobrze. Za dnia współczesne miasto nie wygląda oszałamiająco: kilkadziesiąt ulic na krzyż – dosłownie, bo jak się ma za teren budowy bezkresy pustyni, to jest gdzie planować przebieg dróg. Betonowe nudne domy w stylu arabskim, tak do trzech pięter góra. O świcie schowane za metalowymi roletami sklepy i usługi ożywają koło południa, żeby znów zamknąć się koło północy. Kilka meczetów ze strzelającymi w górę minaretami i szczekaczkami muezzinów, kilkanaście hoteli i muzeum zamykające wyjazd z miasta. A kilometr dalej zaczyna się królestwo Zenobii w swoim czasie równej Kleopatrze – starożytne miasto, którego ślady wielkości i rozmachu zachowały się do dziś.

Główna ulica otoczona kolumnadą na kilka pięter w górę stojąca pośrodku pustyni robi wrażenie. Ponieważ byliśmy dość wcześnie turystów było niewielu. Leniwie przechadzali się wśród ruin, starając nie stać zbyt długo na słońcu. W cieniu kolumn i rzeźbionych łuków siedzieli beduini. Niegdyś marynarze pustyni dziś prawdziwi easy-raiderzy syryjskih piasków, zamienili wielbłądy na motocykle. Żyją ze sprzedaży pamiątek, biżuterii, tkanin, a wielbłądy trzymają tylko do obwożenia nimi białych turystów wokół ruin – 300 sypów za kwadrans leniwego dreptania na sznurku.
My nie skorzystaliśmy, ale radość z obecności zwierząt była wielka. Max był zachwycony i łaził za nimi krzycząc: Kopalka, Kopalka!

Przewodniki ostrzegają przed beduinami: że są natarczywi, naciągają i generalnie lepiej z nimi nie zaczynać. Autorzy chyba nigdy nie byli w Indiach, więc nie znali słowa „natarczywość”. Beduini spotykani przez nas nie dość, że nic nam nie proponowali, to przychodzili żeby dopytać się kim jest Alex (na araba troszkę za ciemny, na Syryjczyka zbyt łagodne rysy a na białego, nawet dobrze opalonego też już nie wygląda) i czy mogą dotknąć, pogłaskać, uszczypnąć Maxa. Gdybyśmy pobierali opłaty za syna byli byśmy bogaczami, a tak tylko jesteśmy obsypywani (czasem dosłownie) słodyczami i ręce nam odpadają od machania. Ale Max jest zadowolony i żadnej okazji do popisu sobie nie odpuści.
Ali, beduin poznany w murach Palmiry, też nie mógł się nadziwić, że Alex jest jaki jest. Ale dzięki temu opowiedział nam o swojej piątce dzieci, o tym, jak uczy się języków od turystów i że ciężkie czasy nadeszły, bo paliwo idzie w górę nie wiadomo dlaczego.
Mimo że nawet miło się rozmawiało – niejeden biznesmen w Polsce mógłby pozazdrościć takiego akcentu i zasobności słów jaki miał Ali – musieliśmy uciekać spod kolumn, bo słońce zaczęło nam wypalać dziury w głowach. Kolejny przystanek: świątynia bóstwa zysku i dobrobytu Bela. Bóstwo miało rozmach i wpływy, bo doprowadziło Zenobię ku szczytom bogactwa i wpływów, to mu królowa świątynię o murach 200-metrowych postawiła. Rzymianie zniszczyli, bo Zenobia się zrobiła za silną konkurencją (władała przez krótko całym wschodem od Egiptu po Antiochię), ale nie wszystko im się udało – Bel nadal się nieźle trzyma. Alex każe wspomnieć niezwykły kunszt kamieniarzy i jaszczurki wygrzewające się w słońcu.
Oprócz jaszczurek wygrzewał się tez Maxio, mimo naszych gróźb i próśb żeby siedział w cieniu. Kończyło się to kilkukrotną interwencją kiedy dziecko było już czerwone z przegrzania, za co syn się na nas się regularnie obrażał i darł paszczę tak, że starożytne mury drżały. Nawet przewodnicy oferujący swoje usługi starali się nas obchodzić szerokim łukiem.
Tak jak reszta zrujnowanego miasta zachwyca również świątynia: ogromem, technologią, stopniem zachowania. Dla Maxa czas spędzony u Bela był fantastyczną zabawą we wdrapywanie się na kamienne bloki. Czasami nie byliśmy w stanie uwierzyć, że potrafi co potrafi.

Trzysta metrów nad ruinami, na wielkiej górze o piargowych zboczach, stoi arabski zamek. Zamek jak zamek, w Syrii jest ich dość sporo, stanowczo zbyt wiele jak na nasze skromne możliwości czasowe. Ale widok z góry podobno zachwyca. Postanowiliśmy to sprawdzić – na własnych nogach i z wózkiem pod pachą. Drogi na szczyt są dwie: jedna autokarowa, zwykła asfaltowa droga otaczająca serpentyną górę i druga – na krechę, dla mulników, przez osypujące się kamienie, czasem prawie pionowa, bardzo mozolna dla zwykłego piechura, tym bardziej dzieciatego. Ale o tym przekonaliśmy się w trakcie, no bo co to nie my – damy radę, prawda?
Przodem szłam ja, z wiercącym się Maxem na rękach, a za nami Alex z wózkiem i sprzętem na plecach. Dwie kupy dalej (przewijanie na osypisku, w trudnych warunkach nazwaliśmy metodą „na krzyżowca”, a w zasadzie na dwóch krzyżowców i małego chrześcijaninka, bo w pojedynkę chyba nie dałabym rady). Sześć przystanków później i 300 m wyżej, osiągnęliśmy cel. Warto było – widok powalał. Ale schodzić w dół już się nie odważyliśmy. Przyklejeni do pobocza dreptaliśmy szosą, mijani przez łańcuszek turystów, którzy jechali na view point na zachód słońca.



Mądrzy po fakcie cd.:
koniecznie odblaski, najlepiej takie w formie pasków. My nie mieliśmy a droga była ciemna, kręta i ruchliwa
oprócz miseczki Maxa przydałby się jeden talerz plastikowy. W Indiach mieliśmy metalowe, a tutaj nam ich bardzo brakuje. No bo ile można jeść z torebek?

środa, 17 listopada 2010

Przez piaski pustyni


Pustynia jest niesamowita. Przez kontrasty. Horyzont ostro się odcina, kontury wyglądają jak spod linijki. W słońcu jest nie do wytrzymania, ale wystarczy wejść w ruiny Palmiry, a robi się lodowato. Starożytne królestwo Zenobii miało zamykać naszą syryjską przygodę, ale opustoszałe i sparaliżowane świętem miasta wybrzeża zniechęciły nas na razie na tyle, że uciekliśmy na drugi kraniec kraju, na pustynię.
Pierwszego dnia święta, czyli w nasz wtorek, donośny głos muezzina obudził nas o piątej rano. Miasto było gotowe do modlitwy. W planach mieliśmy wyprawę na wyspę Arwad, leżącą nieopodal Tartusu. Hotel był pusty. Rolety sklepów i restauracji na naszej uliczce pozasuwane. Pusto, nawet śmieci nie było tyle co zwykle. Na przystani kilkanaście małych stateczków czeka na podróżnych. Ile osób może pomieścić statek wielkości małego kutra rybackiego? Kilka razem z załogą? Kilkanaście? Po pół godzinie czekania razem z nami w sterówce, na dziobie i na głównym pokładzie, na obu burtach było kilkadziesiąt wystrojonych pasażerów. Mężczyźni na pokładzie głównym, kobiety pod dachem, młodzież i samodzielna dzieciarnia gdzie popadnie. Na statku rewia mody: mężatki w szykownych płaszczach zapiętych na rzędy mieniących się w słońcu guzików, panny na wydaniu w sukienkach do kolan, w kozaczkach – niby skromnie, ale sukienki dokładnie przylegają do ciała, narzucone na nie gorsety podkreślają biust, koronki, kokardki, kolczyki przyciągają uwagę. Dziewczynki przypominają najlepsze wydanie Paris Hilton, po prostu chodzący, wyzywający sex. Czego nie mogą matki, noszą córki. Kuse spódniczki, szerokie pasy, pantofelki, futerka (ponad 30 stp. W cieniu, najwyższe temperatury od 1998 r..!) w wszystkich możliwych kolorach. I świecące torebki. Barbie może się schować.
Mężczyźni, eleganccy, każdy włożył co miał najlepszego odpowiednio do wieku i zamożności.

20 minutowa podróż zachwyciła Maxa. Pierwszy raz płynął morzem, były fale, bryza wpadająca na statek. Max wystawiał buzię w stronę wiatru i usiłował otworzyć oczy – bardzo go to bawiło. Była mała draka, kiedy postanowił samopas chodzić po płynącym statku. I znów Syryjczycy okazali się niezwykle serdeczni – natychmiast wokół nas pojawił się las rąk proponujących różową watę cukrową, podsuwane były dzieci, które miały Maxa rozweselić, kobiety cmokały przyjaźnie. Młody wyhamował.

Wyspa Arwad była ciasna. Labirynt uliczek ciągnących się do samego morza. Ruiny dawnej twierdzy niemal niewidoczne, oblepione domami mieszkańców. I wszędzie tłumy dzieci. Chłopcy ganiają stadami z bronią ostrzeliwując się z broni, którą dostali rano z okazji świat. Dziewczynki paradują obnosząc się ze swoimi kreacjami. Mały sex w małym mieście. Największe skupiska dzieci gromadzą się przy wesołych miasteczkach skleconych na chybcika i przy sklepach ze słodyczami – jedynymi otwartymi tego dnia. Dorosłych nie widać, siedzą w domach świętując rodzinnie pierwszy dzień Aid el-kebir. Dzieci dostały pęki banknotów i opanowały miasto. Czujemy się jak bohaterowie Władcy much. Mimo bliskości do lazurowego morza uciekamy na kontynent.

W Tartusie upał. Dochodzi południe. Nie ma się gdzie ukryć, wszystko nadal pozamykane. W hotelu nie ma klimatyzacji, a okna wychodzą na południe. Kluczymy pustymi uliczkami. I znów same dzieci. Nagle, w środku dzielnicy mieszkalnej znajdujemy się w środku zamku – dawnej twierdzy Szpitalników. Trudno go zobaczyć, bo został zupełnie zaadoptowany przez kilkaset rodzin. Dawne dziedzińce pełnią funkcje podwórzy, w krużgankach z zamurowanymi łukami są mieszkania, w kaplicy z roztrzaskanym sklepieniem leżą śmieci. Zamek był duży i bardzo ciekawy. Kolejny raz zastanawiamy się, dlaczego Syryjczycy nie wykorzystują tego co mają.

Mamy dość. Śmieci, temperatury, paraliżu świątecznego. Na każdym wyjeździe jaki odbyliśmy do tej pory mamy dzień kryzysu – ucieczki od planów. Zawsze się to dobrze kończy, wierzymy, że tak będzie i tym razem. Kierunek Palmira. Tyle że późno, dochodzi szesnasta, o siedemnastej robi się ciemno. Mieliśmy nie podróżować nocą ze względu na Maxa. Nie wiemy, czy znajdziemy nocleg. Ale musimy jechać.

Jest już ciemno kiedy wjeżdżamy na pustynię. Walczyłam z Maxem przez godzinę żeby zasnął, przed nami kolejne trzy ciemności w podróży. Znów koszmarny Syryjski film. Aż boli jak się na to patrzy. Boimy się, żeby Max się nie obudził, będzie głodny i znudzony, więc słusznie da nam popalić.
Udało się, tuz przed dwudziestą osiągamy Palmirę. Ciemno, pusto. Przez chwilę wątpimy w podjęte kilka godzin temu decyzje. Na szczęście po kilku zakrętach znajdujemy się tuż przy ruinach, w mekce plecakowców. Ładny hotel, pyszne jedzenie, klimat jak z Indii. Max szczęśliwy. Będzie dobrze.

wtorek, 16 listopada 2010

Krak des chevaliers czyli o wyprawie do twierdzy którą wszyscy chcieli


Alex codziennie fotografuje Maxa i każe mi zapisywać wszelkie zmiany w jego organizmie. Postanowił sprawdzić metodą naukową jak długo nasz synek pociągnie zanim zmieni się we frytkę. Mija czwarty dzień naszego pobytu w Syrii a Max nadal konsekwentnie odmawia jedzenia czegokolwiek innego. Przynajmniej na obiad. Dziś usiłowaliśmy przełamać to ryżem, ale nie szło, bo raz, że z ryżem w Syrii jest jak z kawą w Indiach – nie znają się, rzadko mają, więc lepiej nie ryzykować, dwa: wcześniej Max pożarł frytki z talerzy rodziców.
Niepokoją nas te frytki, choć dramatycznie nie jest: Max wcina lokalny chleb (lekko słodka wersja pizzy wielkości kuchennego obrusa), banany, jabłka oraz suchy chlebek i mleko modyfikowane spakowane w Polsce i stanowiące połowę naszego całego bagażu. A do tego, co by się nie odwodnić wypija hektolitry soku z mango.

Z naszym jedzeniem w ogóle dziwnie jest i stanowi to kwestię sporną między mną a Alexem. Założyliśmy, że podróżujemy z dzieckiem tak jak to robiliśmy do tej pory czyli low-costowo, nie przepłacając gdzie przepłacać nie trzeba i starając się nie zamykać w turystycznych gettach. Dlatego nie pojechaliśmy na wycieczkę z biura podróży i dlatego wybieramy miejsca które nie koniecznie kojarzą się z komfortowym wypoczynkiem. Ma być ciekawie ale lekko pod górkę. A tu mąż mój zapoznał się z restauratorem, co ma lokal z widokiem na morze i personel zakochany w naszym synu, i ciąga nas tam już drugi wieczór spędzony w Tartusie. Karmią pysznie i obficie, ale rachunek wystawiają jak za hotel, co prawda standardu plecakowego, ale zawsze. Restaurator jest świetnym menadżerem i za każdym razem funduje nam coś extra – be my guest – jest nieopodal hotelu no i to morze...

Aczkolwiek morze w wersji syryjskiej ma w sobie stanowczo za dużo betonu a za mało piasku. Piasku w zasadzie jeszcze nie widzieliśmy w okolicach wody. Jutro przemieszczamy się na pobliską wyspę, może tam trochę będzie.
Jutrzejszy dzień, i kolejne trzy nadchodzące po nim to dla nas duży znak zapytania. Wszyscy z którymi rozmawiamy ostrzegają przed świątecznym tłumem ludzi i paraliżem wszystkiego, a więc i naszej podróży, co nas trochę martwi, bo już ciągnie nas dalej. Ale z drugiej strony jeszcze nie widzieliśmy tu tłumu z jakim mieliśmy do czynienia w Indiach, i przeżyliśmy, a z dotychczasowych obserwacji wynika, że nie ma rzeczy, których nie udało by się zdobyć za pieniądze. Jednocześnie Syryjczycy to dumny i niespieszny naród, co też może zaważyć nad dalszym przebiegiem naszej trasy.

Wracając do dziś – wreszcie spaliśmy na wygodnych łóżkach. Doceniliśmy to zwłaszcza wczesnym rankiem, kiedy nasz ukochany synek postanowił wstać dwie godziny wcześniej niż zwykle, radośnie budząc swoim śpiewem całe miasto. Bez trudu zdążyliśmy się zebrać na spotkanie z umówionym kierowcą, który miał nas zawieść po okolicznych atrakcjach.
Już sama podróż była udana – w okolicy Tartusu jest nawet zielono. Bez szaleństw, ale zawsze coś. Jechaliśmy serpentynowymi drogami wśród gajów oliwnych, sadów pomarańczowych i plantacji tunelowych. Tu warzywa uprawia się tylko pod folią, więc okolica wygląda jakby pożerały ja wielkie, białe gąsienice. Tego, dlaczego chowają uprawy nie wiemy, ale może ma to coś wspólnego z parowaniem i suchym klimatem. Kolejny raz zachwycaliśmy się lokalnymi drogami – na asfalcie nie oszczędzają, tak jak na myciu samochodów. Max już sam się garnie do wsiadania do miejscowych pojazdów. Ważne jest, żeby sam siedział przy oknie i żeby lokalna muzyka głośno grała. I dziecko jest szczęśliwe. Max podróżnik rozglądał się na boki obserwując przydrożnych sprzedawców mandarynek i kawy (mają przerobione pick-upy w które wstawiają wielkie ekspresy) i mijane stada owiec i krów. Zarówno na nim jak i na nas zrobiły wrażenie skręty po 45 stopni w górę i niemal 180 w bok. Miejscowi kierowcy potrafią w tych warunkach nawet wymijać.
W drodze byliśmy przez siedem godzin, z czego zobaczyliśmy przeurocze miasteczko Safitę (żaden przewodnik nie wspomina o urodzie labiryntu uliczek pnących się po górze a wszyscy piszą o nudnym donżone), zupełnie niespodziewaną świątynię grecko-katolicką schowana wśród gajów oliwnych i zamek: Krak des chevaliers. Wielki. Rozległy. Niedostępny. Zarówno dla wrogów jak i rodziców z dziećmi.

Żeby było łatwiej: wyobraźcie sobie ruiny. Wielkie. Wspaniałe. Mające kilka kondygnacji, tysiące schodów, zapadni, okien, strzelnic, dziur w murach. A wszystko to niezabezpieczone. Pomijam nasz optymizm na wyrost, wagę podręcznych bagaży (Max, torba z jego prowiantem, w tym opakowaniem mleka i termosem z ciepła wodą, pieluchami, mokrymi chusteczkami, kocykiem, bluzą, dwa aparaty, przewodnik, nasza woda, netbook...) ale było nieco dyskonfortowo ze względu na bezpieczeństwo dziecka. Był konflikt między naszymi obawami a radością Maxa z rozległego terenu po którym może hasać. Na nasze usprawiedliwienie dodam – nie byliśmy jedyni. W ogóle co i raz podróżując przez Syrię spotykamy ludzi z zachodu z dziećmi. Najlepsza była mama, która była sama z jednym maluchem młodszym od Maxa w nosidle i trzylatkiem w wózku. Znaczy – da się. Po Krak des chevaliers też się dało i warto było, bo rzeczywiście jest to imponująca budowla, zwłaszcza wewnętrzna kaplica, ale mi siadło kolano a Alexowi kręgosłup. Max absolutnie zdrowy i szczęśliwy z wycieczki.

W ramach nagrody za dzielne towarzyszenie nam w dzisiejszej wyprawie postanowiliśmy zabrać go na plac zabaw w Tartusie. I tak w planach było szwendanie się po okolicy, więc czemu nie dopieścić dziecka. Niestety, skończyło się płaczem, bo Max najpierw zobaczył plac zabaw, potem spróbował, po czym szybko doszliśmy do wniosku, że bardzo nam na synu zależy i natychmiast go zabraliśmy. Tutejszy plac zabaw jest dla rodziców niegrzecznych dzieci, którzy postanowili je ukarać. Z każdej strony jeżą się jakieś pręty, coś odpada, skrzypi, wszystko jak zwykle zalane tonami betonu i tonie w śmieciach. Na razie dziękujemy.

Dziś będzie generalnie dzieciowo – refleksja na temat podróżowania z dziećmi bo dużo o tym rozmawiamy ostatnio. Da się i warto. Warunki nie stanowią problemu, o ile jest się dobrze przygotowanym: i sprzętowo i psychicznie. Dla mnie wyjazd z Maxem jest cudowny, choć bywały chwile, kiedy chciałam wyć, bo dziecko było głodne, niewybiegane. Ale po dwóch dniach dostroiliśmy się do siebie i wspaniale funkcjonujemy: obydwoje szczęśliwi. Ja wiem, że Max jest wspaniałym partnerem, pod warunkiem że uwzględni się jego potrzeby. On daje mi zwiedzać, gubić się, szwendać, przeskakiwać z miejsca na miejsce i widzę, że też go to cieszy. Jest na pewno ułatwieniem w kontaktach z ludźmi. Max nie opóźnia podróży, ale czyni ja bardziej esencjonalną. Pilnując go w zamku zwiedzałam, ale patrzyłam na wszystko tez jego oczami, w jego tempie, widziałam więc trochę więcej ale i inaczej.
Dla Alexa nasza podróż bywa mecząca – Max odbiera mu wolność beztroskiego chodzenia po murach obronnych, dodaje ciężarów do noszenia. Zasada jest taka: ten kto ma dziecko odpowiada za nie, a drugi ma sprzęt i robi zdjęcia. Wymieniamy się, bo Alexowi zależy na kontaktach z Maxem, ja też chcę fotografować, ale czasem go to już przerasta, czasem jest łatwiej, żebym to ja się dzieckiem zajęła, mam przecież większą wprawę. Więc robi za muła. Z drugiej strony jest jednak bardzo dumny z Maxa, jak dzielnie sobie tutaj radzi, cieszy się z czasu spędzanego z synem.

Dziś jedliśmy:
Do wieczora suchy prowiant regulaminowy: Max mleko, jabłko, soki, woda, chleb chrupki, Basia – orzeszki, chleb tutejszy, woda, Alex – chleb tutejszy woda.
A wieczorem – zaczęliśmy od miejscowej mandarynki co to rosną na drzewach przydomowych (my oczywiście nabyliśmy ją od sprzedawcy) i w , wczorajszej restauracji kontynuowaliśmy ucztę – tym razem były to ryby, basmati rice (nawet koło niego nie stał, tylko koło vegety ale Max raczył spróbować), pyszna sałatka – Fattusch – z ogórka świeżego, sałaty, kapusty, cebuli,pomidorów i kawałków przysmażonego chleba (!), do tego coś w stylu sprite miejscowego całkiem smacznego. W ogóle próbowaliśmy już miejscowych napojów puszkowano-gazowanych ale sprowadzają się do cukru i nawet nasze rodzime zajzajery typu Zbyszko czy coś takiego są niczym w porównaniu z tym.

Tartus


Nasza Syria jest wyludniona. Kiedy zaczynamy dzień Syryjczycy jeszcze śpią, lub szykują się do codziennych zajęć. Szczyt dziennego ruchu spędzamy w podróży, lub wśród zabytków. Kiedy wreszcie osiągamy cel w postaci hotelu albo restauracji Syryjczycy odpoczywają po upalnym dniu (dziś mieliśmy trzydzieści stopni! W cieniu). Ich życie towarzyskie zaczyna się koło dwudziestej a my wtedy myślimy o wykąpaniu i położeniu Maxa, zrzuceniu zdjęć, opisaniu dnia i odpoczynku. Impreza za oknem i uporczywe trąbienie nieco nas rozprasza.
Ale to wyjątek, bo Syria, zwłaszcza po doświadczeniach indyjskich, jest cicha i monotonna muzycznie. Śpiewy muezzina są przyjemne i bynajmniej nie przeszkadzają nam nawet o świcie. Muzyka w tle typu: samochód, autobus, restauracja jest na jedno kopyto – przywieziemy, zaprezentujemy. A na ulicach panuje umiarkowany rejwach. Dziś, kiedy dojechaliśmy do Tartusu było wręcz cicho, bo podczas czterogodzinnej podróży zupełnie nam zatkało uszy i zatoki. Au!
Nie tylko czas nas wyróżnia – na tle miejscowych wyglądamy jak trzy cudaki. Po pierwsze jesteśmy nieforemni. Max wielkościowo pasuje do tutejszych czterolatków. Jest bardzo wysoki i nabity. I jasny oczywiście.
My też wyglądamy jak monstra. Kobiety są tu bardzo smukłe, ale raczej niskie, drobne. A jak się roztyją po dzieciach to wyglądają jak piłeczki – takie miękkie i okrągłe. I są bardzo, bardzo kobiece. Ograniczenia i zakazy związane z kulturą i religią tylko podkreślają ich seksualność. Ja, wbita w wojskowe buty pustynne, w bojówkach i kurtce wietnamce nieco odstaję. Alex tak samo – Z Iraku przyjechaliście czy co? - spytał się nas dzisiaj nasz nowy gospodarz. To odstawanie z jednej strony jest nam na rękę, bo wymusza dystans, ale z drugiej – raczej się tu nie zaprzyjaźniamy z mieszkańcami, jak to było w Indiach. A może po prostu Syryjczycy są bardziej dumni i zdystansowani niż Hindusi? Tam byliśmy faworyzowani, tu – akceptowani.

Droga z Damaszku do Tartusu była kolejnym wyzwaniem dla naszej rodzinki. Cztery godziny w klimatyzowanym autobusie (czytaj – lodówce) z pustynią za oknem z rzadka urozmaiconą pustynnymi górami w tym samym kolorze. Koszmarnie architektonicznie osiedla mijane kilka razy witaliśmy z radością i ulgą – jednak rzeczywiście jedziemy, a nie kręcimy się w kółko. Max był cudowny: zażyczył sobie że sam będzie siedział, a nie na maminych kolanach, przez pierwszą godzinę z zainteresowaniem patrzył na wielką piaskownicę za oknem, wydając okrzyki radości kiedy mijaliśmy ciążki sprzęt budowlany (dużo tego w użyciu). Potem spał dwie godziny opatulony w kurtkę taty, a na koniec bawił się sam nowym samochodem made in Syria. I dobrze się stało, bo w ramach usług typu VIP w naszym autobusie pokazywano „familijny” wyrób tutejszej kinematografii. Pomijam wątpliwą jakość gry aktorskiej i nieczytelna fabułę ale ile scen mordu, gwałtu, podpalania, bicia, poniżania, zwłaszcza kobiet może zawierać trzygodzinny film? Dla nas było to stanowczo zbyt wiele i bardzo się cieszyliśmy, że Max nie musiał korzystać z tej rozrywki.

Na wielki plus podróżowania po Syrii należy zapisać syryjskie drogi. Fakt – mają tu dużo wolnej przestrzeni, więc jest i szeroko i w miarę prosto, a nawierzchni to możemy im pozazdrościć. Autobus miarowo płynął, mijając nieskazitelnie czyste samochody. To nas wciąż zastanawia, że w tym zupełnie zakurzonym kraju brudny samochód to rzadkość, i jak stać Syryjczyków na tak wypasione auta jakimi jeżdżą. A ponieważ jeżdżą przepisowo i bardzo spokojnie (nie widzieliśmy ani jednej stłuczki czy choćby wgniecionego zderzaka) poważnie się zastanawiamy czy kiedyś nie przypłynąć tu promem i poznać kraj od strony własnej kierownicy. Nasze plany musimy zrealizować szybko, bo w Syrii właśnie startuje wielki boom na turystykę i już za dwa-trzy lata będzie tu drugi Egipt. Nad morzem trwa jedna wielka budowa, powstaje infrastruktura dla jachtów i promów, hoteli i restauracji, które będą mogły przyjąć tabuny Portugalczyków, Włochów, Holendrów czy Niemców. Tak przynajmniej opisywał nam to poznany dziś restaurator – bardzo ciekawy zresztą człowiek. Kilka lat temu opływał w dostatki jako szef grupy banków z siedzibą w Szwajcarii. Miał żonę – Polkę z „Rała Max, you know?” (Rawa Mazowiecka), dwoje czterojęzycznych dzieci chowanych w prywatnych szwajcarskich szkołach. Potem przyszedł kryzys. Poleciał na dno. Z żoną się rozstał, dzieci urządził jako tako zawczasu, więc teraz sobie same radzą w Europie, a on wrócił do Syrii. Tu, w Tarusie otworzył knajpę i czeka aż do budujących się przystani przypłyną zachodnie pieniądze.

Jednak nie wszystkich cieszą zmiany. Właściciel przeuroczego hoteliku (przypominający Georga Clooneya) , w którym się dziś zatrzymaliśmy, krzywi się kiedy po spacerze opowiadamy mu o mijanych remontach. Razem z żoną i dwójką synów mieszka i prowadzi hotel w starej kamienicy pamiętającej jeszcze przedwojenne czasy. Świetna lokalizacja: wyjście niemal nad morze, w samym centrum turystycznej części miasta – żyć nie umierać. Dla niego rozbudowa Syrii to jej psucie, zabijanie obecnego ducha. I coś chyba w tym jest, jak patrzy się na koszmarnej urody betonowe hotele nad samym morzem.

Syryjczycy kochają beton. Mają betonowe budynki na niemal każdym szczycie góry, betonowe wieże nieznanego nam przeznaczenia, betonowe są domy i urzędy, czasem dla urody wyłożone kamieniem, betonem wylali całą nadmorską promenadę w Tartusie. Max był wreszcie absolutnie szczęśliwy, bo miał kilka kilometrów prostej drogi do biegania, z daleka od samochodów. A najważniejsze, że kilka tysięcy kilometrów od domu dostał wreszcie wymarzone kółko do popychania, którym odmierzył całą promenadę. I kiedy już myślał, że to dzień spełniania wszystkich marzeń zobaczył choinkowo oświetloną kolejkę turystyczną! Była cudna, ale odjechała zanim ją dogonił. To dla naszego syna było stanowczo zbyt wiele – pierwszy szloch dzisiejszego dnia.

Niestety, wbrew zapowiedziom, zdjęcia z podróży pokażemy dopiero w Polsce. Syryjski internet jest na cenzurze i ani facebooka, ani programów przesyłających fotografie w internecie nie uświadczysz, nawet jest napis o włączonym filtrze. W dodatku żeby skorzystać z internetu musimy się wylegitymować. Jest to jedyna jak do tej pory niedogodność związana z przebywaniem w Syrii. Bo zaostrzone środki bezpieczeństwa np. prześwietlanie bagaży na dworcach autobusowych, policja na każdym kroku, nawet nad morzem – zupełnie nam nie przeszkadzają. Jak już pisałam: są niezwykle uprzejmi i uczynni, a poza tym, dzięki ich obecności tu po prostu nie ma się czego bać.

Do rodzicielskiego dzienniczka:
w autokarze kocyk konieczny jak w samolocie,
bez leków na zatoki nie wyjeżdżamy,
nowa zabawka koniecznie na dłuższe dystanse, a zwłaszcza na długie oczekiwanie na transport,
kocyk albo bluza zawsze na wierzchu bo w ciepłych krajach straszne przeciągi robią albo katują klimą,
małe przegryzki co dwie godziny ratują nas przed wyjącym z głodu dzieckiem, kiedy jeszcze trzeba znaleźć fajną restaurację, gratulujemy sobie wzięcia paczki torebek śniadaniowych na przegryzki,
Max bardzo ułatwia załatwianie wszystkiego – metodą „na dziecko” jest bardzo skuteczna, a Młodemu podoba się bycie w centrum uwagi.
Musimy jeszcze ograniczyć bagaże na przyszłość, bo na dworcu jest ciężko, tym bardziej że trzeba podbić bilety po okazaniu paszportu.

Dzisiejsze jedzenie:

Jest upalnie, 28-30st. Do tego targamy ogromne plecaki, stąd człowiekowi raczej jeść się nie chce.
Max dziś rano dzień rozpoczął jak zawsze jabłkiem, a w autokarze dojadł co mama dawała.
Mama jechała na orzeszkach – b. sycących.
Wszyscy poza hektolitrami wody (5-6 butelek), popijaliśmy nasze wczorajsze odkrycie czyli skok z mango – pyyszny.
Wieczór oznaczał ucztę – 4 dania 3 soki i 2 herbaty za 1050SYP czyli ok. 60zł, a w tym – talerz Shoarmy, talerz innego mięsnego dania, talerz frytek i rybek dla Maxa i pyszne Thhuffa czyli sałatka w postaci drobno posiekanej pietruszki, pomidorów i przypraw, bardzo bardzo dobra.