czwartek, 25 listopada 2010

Bez cenzury


Nasz pobyt w Syrii to nie tylko przygody, widoki, zabytki, nowe smaki i zapachy. Syria to ból życia z rzeczami dla nas nieakceptowanymi, które czasami doprowadzają do tego, że ze wszystkich sił chcemy żeby dzień się już skończył. Nie byliśmy na to gotowi, bo nigdy dotąd, bez względu gdzie podróżowaliśmy i w jakim składzie trudności tego typu w takiej skali nie mieliśmy.
O przemocy, w stosunku do kobiet, dzieci, o przemocy w stosunku do innych ludzi, o hołdzie składanym brutalizacji życia w telewizji już pisałam. Nie widzieliśmy jeszcze chłopców którzy bawili by się czymś innym niż piłką (dwa przypadki), telefonem komórkowym (kilku) lub bronią (masa, wszędzie, zawsze). Dzieci mierzą z pistoletów do siebie, strzelają w przejeżdżające samochody, w obcych ludzi. Na ulicy mężczyźni się szarpią, krzyczą na siebie. Mam tego na tyle dość, że nie jestem w stanie zabić komara, a po dwóch tygodniach oglądania krwi i jedzenia mięsa blisko mi już do wegetarianizmu ideowego.
Drugą rzeczą, której nie sposób nie zauważyć, która bezceremonialnie osacza, jest obecna na każdym kroku to brud. Takiego brudu jeszcze na żywo nie oglądaliśmy. Sterty śmieci pod budynkami, śmieci na trawnikach, placach zabaw (zniszczone i zaśmiecone place zabaw z bawiącymi się na nich dziećmi mocno nami wstrząsnęły), ulicach, w domach. Syryjczycy wydają się być wyjątkowo krótkowzroczni – porządek maja co najwyżej na metr od siebie. Leżące dalej odpadki, papierki, kubeczki zupełnie nie burzą ich odczuć estetycznych. Władze najwyraźniej zdają sobie z tego sprawę, zwłaszcza w kontekście otwierania się Syrii na turystykę – na ulicach, przystankach wiszą apele o zachowanie czystości. Ba, niemal na każdym kanale kierowanym do dzieci co kilkanaście minut pojawiają się krótkie wstawki na temat sprzątania.
Śmieci to jedno, a brud to drugie. Jak słusznie zauważył Alex, w Indiach jest problem głodu i żywności się nie wyrzuca, a to co się wyrzuca natychmiast zostanie przez kogoś zjedzone. Tutaj głodu nie ma. Widać to zarówno w sylwetkach Syryjczyków, koszach na odpadki w restauracjach, miejscach z przegryzkami które są wszędzie. Ludzie jedzą i to dużo. A to, czego nie zjedzą pożerają opasłe dzikie koty (właśnie trzy dobrały się do naszego kosza na śmieci), szczury widoczne w biały dzień i raczej nie w pojedynkę, karaluchy urządzające sobie odważne eskapady i inne robactwo od którego trzęsły się mury budynków w których przebywaliśmy. Dlatego tak lubimy tu podróżować, w znaczeniu przemieszczać się – paradoksalnie na dworcach i w autobusach jest najczyściej.
Co ciekawe: codziennie widujemy tu polewaczy zakurzonych ulic, widujemy śmieciarki i wieczorne opróżnianie koszy na śmieci, ulice są nawet myte, podłogi szorowane i to wszystko nie wystarcza. Nie wiemy, gdzie jest błąd w systemie, ale pod względem czystości Syria pozostawia wiele do życzenia.
Ograniczenia jakich się obawialiśmy przed wyjazdem, wynikające z policyjnego charakteru państwa i względów religijnych nie dość że nas w zasadzie nie dotykają (oprócz paradoksów na dworcu w Aleppo) to sprawiają tylko, że czujemy się tu naprawdę bezpieczni.

Zapiski z braków w sprzęcie:
środki na owady, zwłaszcza komary
uniwersalny korek do wanny
mała szybko schnąca ściereczka do mycia wszystkiego i uniwersalny środek czyszczący najlepiej w formie sypkiej

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza